Takie komentarze coraz częściej pojawiają się na giełdach towarowych. Bo jak podjąć strategiczne decyzje, kiedy trudno przewidzieć, co może wydarzyć się na rynku walutowym?

Nikt nie chce patrzeć nawet na tydzień wprzód, bo to wymaga dużej odwagi – komentuje Jarosław Ogorzewski z biura Agrohandel w Łodzi. Import jest więc coraz słabszy, bo trudno przewidzieć ceny, jakie będą obowiązywały w dniu dostawy.

W zakładach mięsnych topnieją więc w szybkim tempie zapasy, choć niewiele rzeczy jest poszukiwanych. Na przykład półtusze wieprzowe, idą raz w górę, raz w dół, ale w ogólnym rozrachunku, sprzedają się w zbliżonych cenach.

Podobnie jest z łopatką czy szynką, czyli asortymentem, który najczęściej znika z giełdowych ceduł. Ale i w tym przypadku można raczej mówić o stabilizacji. I tak łopatka z kością kosztuje 6,20 – 6,40 złotych za kilogram. Szynka bez kości 9,60 – 10,00.

Inaczej rzecz się ma w przypadku tego, co zwykle najtańsze. Skórki, słonin, tłuszcze drobne. Te drożeją, ale trudno mówić o cenach, bo poszczególne transakcje są indywidualnie negocjowane. Za podgardle kontrahenci płacą więc rano 5,20 zł, po południu stawki ustalone są już na wyższym o 40 groszy poziomie.

Kto może, odkłada w magazynach te najpopularniejsze za wschodnią granica elementy, po to, by „uzbierać” odpowiednią ilość tego towaru na eksport. Ale coraz trudniej w tym przypadku o zakupy. Oczywiście wszystko jest kwestią ceny, komentują maklerzy, ale też do odpowiednich granic. Można by było sprowadzać te elementy z zachodu Europy, ale przy obecnych kursach walut, stawki wyglądałyby niezwykle „kosmicznie”.

Przenieśmy się na rynek żywca wieprzowego. Tu po ubiegłotygodniowych podwyżkach lekkie uspokojenie. Wielkopolska podciągnęła na razie o 10 groszy cenniki w górę. Do centrum podwyżki jeszcze nie dotarły. Być może to kwestia czasu, ale w tym biznesie, nigdy nic nie wiadomo – przekonują przetwórcy.

Poszukiwanie krajowego żywca, to efekt niewielkiego importu. Jednak ceny nie będą rosły nieprzerwanie. Jeśli rynek wymusi jednak większe podwyżki, wkrótce sprowadzanie towaru z zagranicy stanie się znów opłacalne.

Tymczasem hodowcy wcale nie spieszą się ze sprzedażą, wykorzystując sytuację, jak długo się da. Do punktów skupu trafiają więc tylko te sztuki, które rzeczywiście już muszą.

A końcówka roku – w opinii wielu ekspertów – może być dla producentów bardzo nieciekawa. Początek roku przyniósł bowiem wielkie ożywienie. Zwiększano hodowlę, kupowano prosięta. Kiedy tuczniki z tego chowu trafia na rynek , nie trudno zgadnąć, co będzie dalej.

Źródło: farmer.pl

Podobał się artykuł? Podziel się!