Tak więc klimat polityczny, wciąż wydaje się być ostrzejszy niż ten, który nurza nas teraz w śniegu. I choć Rosja polskich jabłek nie chce, i tak je jada. Nie ma innego wyboru, bo Ukraińcy bardzo o to dbają…

W opinii obserwatorów, ten rok odbiegał zupełnie od poprzednich. Święta, które za wschodnią granicą zawsze były świętością, teraz być niż przestały. Ukraińscy importerzy – zamiast celebrować – robili zakupy. Dość powiedzieć, że z samego tylko Sandomierza, dziennie wyjeżdżało około 10 tirów wyładowanych po brzegi towarem.

Mądry Polak po szkodzie – wszyscy o tym wiemy, ale wydaje się, że Ukrainiec chyba też. Sporo wschodnich przedsiębiorców spróbowało więc wykorzystać sytuację. No, bo skoro są święta, i świętują celnicy…czego więcej trzeba…

Handel kwitnie, ale nie ceny. Za najlepszej klasy goldeny, producenci sandomierskiego rynku otrzymują nieco ponad 1 zł. Ale tylko wtedy, gdy ostro negocjują. Taka sztuka rzadko się jednak udaje. Najczęściej ceny krążą wokół 50 – 80 groszy za kilogram.

Przyszły tydzień powinien przynieść jeszcze większą sprzedaż. Po pierwsze – święta za wschodnią granicą dobiegły końca. Po drugie – wschodni kontrahenci nie mają specjalnej alternatywy.

Mołdawia i Serbia, gdzie dotychczas Rosja robiła wzmożone zakupy jabłek, nie ma możliwości przechowalniczych, stąd też brak możliwości całorocznej sprzedaży. I choćby z tego powodu, jesteśmy jedynym, atrakcyjnym rynkiem – komentują eksperci.

A jest też iskierka w tunelu, że dzięki temu, ceny jabłek zaczną rosnąć. Szczególnie, jeśli szacuje się, że tylko z samego sandomierskiego rynku, dziennie będzie wyjeżdżać 50 a nawet 100 tirów…

 

Źródło: farmer.pl