Co prawda większość zakładów mięsnych powstrzymała się od dalszych korekt, ale to w żadnym razie nie wróży odwrotnego trendu. Nikt raczej nie spodziewa się hossy. Ceny stanęły w miejscu, bo stanął także import.

Duża chwiejność złotego utrudnia handel na międzynarodowym rynku. Sporo firm zrezygnowało więc z zakupów tuczników w Belgii czy Holandii. Zresztą krajowego surowca cały czas jest pod dostatkiem.

W tym tygodniu za tuczniki w wadze poubojowej, liczone w najwyższej klasie zakłady płacą 4,30 maksymalnie 4,50. Klasa „E” kosztuje 4,24 – 4,50. Za klasę „U” rolnicy dostają 4,00 – 4,23 złotego. Klasa „R” kosztuje 3,50 – 3,97. Za „O” można otrzymać 3,05 – 3,54. Najniższa klasa jest wyceniana na 2,68 – 3,34.

A prosięta? Na krajowych targowiskach ceny wyraźnie idą w dół. To najprawdopodobniej za sprawą śniegu i mrozu. Chętnych do handlowania niewielu. Ceny zaczynają się najczęściej od 200 złotych za parę. Rzadko przekraczają 300, choć i takie stawki się zdarzają.

Również rynek mięsa odzwierciedla te trendy. Handel jest niewielki, w magazynach rosną więc coraz większe ilości najprzeróżniejszych towarów. Kupują tylko ci, którzy muszą.

Od czas do czasu pojawia się firma, która robi raczej spekulacyjne zakupy, niż wynikałoby z jej aktualnego zapotrzebowania. Kupowane są przede wszystkim takie towary jak słonina, tłuszcze, skórki czy smalec.

Takie zakupy są oczywiście robione z myślą o uruchomieniu się wschodnich rynków. Na razie to tylko pobożne życzenia eksporterów.

Źródło: farmer.pl

Podobał się artykuł? Podziel się!