Tym pytaniem nie dręczy się już dzieci, bo one same (a raczej - z telewizji i internetu) wiedzą najlepiej, kim warto by być. Prawie każdy mały Jaś odpowie, że chciałby być znanym sportowcem, piosenkarzem, albo może nawet znanym kucharzem, a każdej Małgosi marzy się kariera aktorki, pogodynki, piosenkarki, czyli gwiazdy lub jakiejkolwiek bądź celebrytki występującej często w telewizji. Takie są nie tylko marzenia dzieci, ale też ich rodziców, którzy wykształcenie i formację duchowo-intelektualną odebrali już w wolnej Polsce i w zreformowanej - a właściwie w reformującej się wciąż - "nowoczesnej" szkole. I rodzice ( 30-35- latkowie), i szkoła powtarzają zgodnie (za mediami, nawet tymi publicznymi): wierz tylko w siebie, marzenia się spełniają, liczy się sukces, pieniądze, sława. Nie warto być lekarzem, nauczycielem, rolnikiem, ani dzielnym strażakiem, bo to się po prostu nie opłaca...

Niedawno kilkudniową gwiazdą polskich mediów był 12-letni Adaś, kierowca driftingowy (ekstremalna jazda z poślizgiem kontrolowanym), który - jak z zachwytem podkreślali wszyscy komentatorzy - w tej konkurencji mierzy się już z dorosłymi, startuje w poważnych zawodach. Wzruszony ojciec, wspomagany przez zachwyconego dziennikarza, snuł marzenia o niezwykłej przyszłości cudownego dziecka; bo nie chodzi o to - mówili ci nieco starsi panowie - żeby teraz Polska chwaliła się Adasiem przed całym światem, trzeba pomyśleć poważnie, jak krok po kroku zaplanować jego karierę. Tylko mimochodem pojawiły się jakieś dwa zdania o zwykłej szkole, nauce i że Adaś, co zrozumiałe, nie jest prymusem...

Podkreślano, że nauczyciele są bardzo wyrozumiali. Należy przypuszczać, że dla całej szkoły Adaś jest po prostu idolem, wzorem do naśladowania. To znak czasu i trzeba się z tym pogodzić, mówią nowocześni obywatele.