Na tę staropolską swadźbę wybierano zwykle „jesienne tygodnie przedadwentowe, kiedy po ukończeniu prac w polu i zaopatrzeniu się w ziarno, jarzyny i owoce, mógł rolnik nieco więcej czasu poświęcić życiu rodzinnemu”. Śluby brano też w okresie między Bożym Narodzeniem i środą popielcową, który „przeznaczono powszechnie na szalone zabawy”. Wybór terminu był ważny – uroczystości trwały bowiem tydzień i „wymagały przy tym bardzo licznego współdziałania osób, tworzących tzw. drużynę weselną, która stawała się świadkiem – potwierdzała swą obecnością zawarty związek”.

Oświadczyny w czwartek lub sobotę
Właściwe obrzędy weselne zwane swadźbą poprzedzały oświadczyny. Zwyczajowo odbywały się za pośrednictwem jednego lub nawet kilku poważnych i szanowanych gospodarzy. Towarzyszyli oni chłopakowi do chaty upatrzonej dziewczyny, o której „przychylności ku niemu donosiła znajoma, życzliwa kobieta”, i w jego imieniu prosili o jej rękę. Na oświadczyny wybierano zwykle wieczór lub nawet noc. Ulubionym dniem był czwartek albo sobota. Znakiem przychylnej odpowiedzi rodziców przyszłej narzeczonej było wypicie kieliszka wódki przyniesionej przez swata. Więc ten ostatni, pragnąc jak najlepiej spełnić swe zadanie, już od progu witał domowników piosenką:

Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus na wieki
Nie przebudzamy was?
Zaświećcie, dajcie miareczki,
Wypijem za was, za nadobne działeczek!
Dziewczyna odpowiadała:

Jeżeli wam się spodobałam – Ojca, Matkę proście
A ja sobie pójdę za piec – ny będę płakać
A wy na to zwżajcie, Ino targu dobijajcie,
A będziemy skakać!

Wiadomo, że nie zawsze otrzymywano pozytywną odpowiedź. Czasami witano ich szarą polewką, a jeśli nocowali, zawieszano nad łóżkiem wianek z grochowin. Bywało też, że „nieprzychylnie usposobiona dla młodzieńca dziewczyna podawała swatowi niby niechcący dynię zamiast chleba”. Jeśli jednak sprawy przyjmowały upragniony przez chłopaka obrót, rodzice wraz z dziewczyną wypijali podany przez swata kieliszek wódki i zaczynali wspólnie omawiać dzień ślubu, skład gości, no i oczywiście sprawy majątkowe.

Zrękowiny
Rola swata nie ograniczała się jedynie do pośredniczenia przy oświadczynach, otrzymywał on przeważnie godność starosty weselnego. „Urząd ten wyrósł na gruncie dawnej obyczajowości słowiańskiej, kiedy to obdarzony tą godnością przedstawiciel rodu czy wioski łączył w swych rękach częściowo władzę kapłańską, sędziowską”, był pośrednikiem w sprawach majątkowych i przewodniczył obrzędom weselnym. „Kapłański charakter starosty uwydatniał się przede wszystkim podczas zrękowin”. Polegały one na uroczystym wiązaniu ręcznikiem ułożonych na chlebie rąk państwa młodych, którzy wobec całej drużyny składali przyrzeczenie wzajemnej wierności i dotrzymywania zobowiązań. „Zrękowiny posiadając charakter wyraźnie religijny (starosta udzielał młodej parze błogosławieństwa), uważane były za akt o tak poważnym, wprost sakramentalnym znaczeniu, że przez parę pierwszych wieków istnienia naszego państwa nie troszczono się zbytnio o śluby kościelne – pisano w „Przysposobieniu Rolniczym (nr 8 1939).Rozpleciny i postrzyżyny
Do ważnej ceremonii należały w dawnych czasach postrzyżyny, czyli obcinanie warkoczy pannie młodej, poprzedzone „rozpowszechnionymi do dnia dzisiejszego rozplecinami (...), które odbywają się przed ślubem wśród śmiechów i żartów druchen i drużbów, strojących siedzącą na dzieży od chleba pannę młodą w wieniec – dar pana młodego” i przyśpiewując wesoło:
Usiadła Maryś na białym kamieniu
Rozpuściła włosy po prawym ramieniu...

Później następował podniosły moment błogosławieństwa rodziców, udzielanego dziewczynie przed wyruszeniem do ślubu. Wróci ona jeszcze do rodzinnej chaty na ucztę pożegnalną, ale już jako mężatka. Należało więc przeprosić ojca i matkę za wszystkie przewinienia, podziękować za trud i pożegnać kąty domowe. Otaczające wzruszoną młodą pannę druchny śpiewały:
Pożegnaj domowe progi
Padnij Mateńce pod nogi,
Boć Matuleńka to płacze,

Weselny kołacz
Najważniejszym momentem uczty weselnej było obdzielenie biesiadników weselnym kołaczem lub korowajem. Bo jak kilka wieków wcześniej powiedział Szymonowicz: Kołacze grunt wszystkiemu, a można rzec śmiele/ Bez kołaczy jakoby nie było wesele...

 Kołacz i korowaj to święty chleb weselny, którym należało tradycyjnie poczęstować wszystkich obecnych i nieobecnych gości. Pominięcie uważano za obrazę. Do obowiązkowych obrzędów należały oczepiny, które „były dopełnieniem dawnych postrzyżyn, a dzisiejszych rozplecin”. „Oczepiny nie zanikły – pisano – znamy je dobrze jako obrzęd zaznaczający zmianę stanu panny młodej, która na znak, iż zostaje mężatką otrzymuje czepiec, a oddaje wianuszek weselny”. W czepku mężatki panna młoda brała udział w ostatniej ceremonii weselnej – w „przenosinach”, w której żegnała się z domem rodziców, aby rozpocząć „nieznane jej jeszcze, samodzielne życie żony, matki i gospodyni domu”.

Źródło "Farmer" 11/2006

Podobał się artykuł? Podziel się!