Już na kilka tygodni przed rozpoczęciem żniw wieś żyła w nastroju przygotowań i oczekiwania. Trzeba było mięsiwo i sery ususzyć, chleba i kwasu przysposobić, porządek w stodole zrobić, izby wybielić, wozy naprawić... Przede wszystkim jednak należało się pomodlić o dobrą pogodę i plebanowi „na wotywę o dobre plony coś tam zawieść”.

Brzęczą sierpy, brzęczą kosy
Przepióreczka się odzywa, idą, idą polem żniwa – pisała Maria Konopnicka. A tradycja nakazywała, aby rozpocząć je, chociażby kilkoma garściami, w sobotę, bo to dzień Matki Boskiej. Wierzono bowiem, że w tym dniu tygodnia zawsze słońce musi się pokazać.

„Tak od wieków bywało, że – chociaż tam jakiś chudzina, gdzieś na ustroniu, na piaskach, musiał chyłkiem wcześniej żyto ukosić, bo już dawno na ten chlebuś czekał – to właściwie początek dawał któryś z kmieci zamożniejszych i cieszących się we wsi ogólnym poważaniem” – pisano w „Przysposobieniu Rolniczym” w 1959 r. (PR 19/59).

A później każdy się starał, „by ładny, by suchy, by wszystek plon” całorocznej swej pracy mieć jak najszybciej w stogu lub pod strzechą. Kto miał rodzinę liczną, kogo stać było wziąć najemnika – temu lepiej szła robota. Czasem też, aby żniwa szybciej ukończyć, pomagano tym, którzy nie dawali sobie rady – samotnym wdowom, sierotom czy osobom przez los dotkniętym. „Wieś już przed wiekami wyrobiła sobie moralność i solidarność, które w ważnych chwilach obowiązywały wszystkich. Gromada pomagała – słowem podzięki niejednokrotnie tylko się kontentując”.

Tłoka i darmocha
Z tej sąsiedzkiej pomocy wywodzi się tak zwana „tłoka”, która była odwiecznym, szlachetnym zwyczajem polskiego ludu. Stosowano ją zwłaszcza przy żniwach, gdy czas naglił, a pogoda nie dopisywała.

Gdy gospodarz na tłokę zapraszał, nie wypadało odmówić pod żadnym pozorem. Zaczynało się od poczęstunku, a często i muzyka przygrywała na „rojnym, gwarnym (...) łanie”. „Dobra ziemia, łaska boża, będzie chlebek z tego zboża” – śpiewano i pracowano ochoczo, czasem nawet w pogodną księżycową noc. Do dobrego zwyczaju należało przyjść do pracy na polu w odświętnym ubiorze. „Tłoka miała w sobie coś z bardzo uroczystego, a zarazem bardzo roboczego zebrania towarzyskiego wsi”. Kościół zezwalał na tę wspólną pracę nawet w dni świąteczne.
„Dawniej, gdy chłopi byli wolni, a tylko nieuciążliwymi czynszami z dworem związani, szlachcic-ziemianin na tłokę kmieci zapraszał” – pisano w „Przysposobieniu Rolniczym” (PR 19/59). – Gdy jednak w połowie XVI wieku system feudalno-folwarczny, pańszczyźniany, mocno się ugruntował, a chłop został niewolnikiem do ziemi przypisanym, skończyło się zapraszanie na tłokę”. Od tej pory dwór tłokę nakazywał, a lud nie nazywał tego „tłoką”, lecz „gwałtem” i „darmochą”. Ze swojego łana rodzina chłopska sprzątała zbiory najczęściej nocami, bo w dzień, od świtu do wieczora, na pańskim pracować musiała. Nic więc dziwnego, że na polu zanikała ochota do pracy, radość i śpiew.

Ostatni snopek
Gdy wreszcie kosa i sierp sięgnęły po ostatnie kłosy, a dorodne snopy zostały na całym łanie ustawione w gęste kopy, żniwiarze prostowali zmęczone krzyże, ścierali pot z czoła i uśmiech zjawiał się na ogorzałych twarzach. Na Pomorzu Gdańskim, w Wielkopolsce i na Śląsku ostatnim snopkom zboża nadawano większy kształt, zdobiono je gałązkami i wstążkami. Na Mazowszu natomiast pozostawiano niezżęte kłosy – obwiązywano je wstążką i obrysowywano symbolicznie lub otaczano kamiennym kręgiem, pozostawiając na polu do jesiennej orki. Zdarzało się także, że wkładano do tych kłosów chleb lub pieniądze, które umieszczano na kamieniu pokrytym białym płótnem. Takie niezżęte kłosy zwano: kozą, brodą, przepiórką lub plonkopką. Był to znak, że robota została zrobiona. Teraz ze śpiewem przystępowano do splatania wieńca i czekano na dożynki.

Źródło: "Farmer" 14/2006