Koniec zbiorów zbóż nie zawsze nazywano dożynkami. „I tak na północy Polski mówi się „plon” – pisano w „Przysposobieniu Rolniczym” (1933, nr 8) – w Małopolsce – na ogół „obżynki”, choć w powiecie Bocheńskim utrzymało się określenie „tłuki”, w krakowskim „wyżynek”, natomiast w Polsce zachodniej było to „wieńcowe” lub po prostu „wieniec”. Te dwie ostatnie nazwy podkreślały najważniejszy moment uroczystości, czyli ofiarowanie gospodarzowi żniwnego wieńca.

Sternica czy żniwiarka
Wieniec bywał różnej wielkości. Ten największy i najbardziej okazały przeznaczono zawsze dla starszego, najbogatszego gospodarza, który urządzał u siebie ucztę dla wszystkich żniwiarzy. Skromniejsze zostawały w niedużych gospodarstwach. Okazały wieniec bywał na łokieć wysoki, przystrojony kwiatami, orzechami, jabłkami, a często kukiełką pszenną lub figurkami z piernika. Wręczała go zawsze najpracowitsza żniwiarka – a że było to ogromne wyróżnienie dziewczęta chętnie „uwijały się po polu z wyostrzonym sierpem”. Nazywano ją zazwyczaj „przodownicą”, czasem „postanicą” lub „sternicą”. Na barwny orszak, który podchodził pod okna gospodarza, czekały dwie uświęcone tradycją niespodzianki. Żniwiarzy oblewano wodą (co miało przyszłym zbiorom zapewnić odpowiednią ilość deszczu), a następnie musieli odśpiewać obrzędową pieśń, np.: „zaścielaj panie stoły i ławy, jedzie do ciebie gość niebywały”. Kiedy rytuałom stawało się zadość, zapraszano wszystkich do domu na huczną zabawę. Przez całą noc tańczono – wierzono bowiem, iż zboże wrośnie tak wysoko, jak skoczą tańczący.

Barwny korowód
Na Śląsku już na kilka dni przed niedzielą żniwną dziewczyny, czyli żnorki, przygotowywały dużą koronę ze zboża, przyozdobioną w polne kwiaty i trawy, z wplecionymi świecidełkami. Mężczyźni, czyli żniwiarze wiązali z resztek każdego rodzaju zboża „wielki snop w ten sposób, że do jego wnętrza wkładali kawał pnia po to, żeby był jak najcięższy. Później dziewczynę i chłopaka, którzy po raz pierwszy uczestniczyli w żniwach, obwiązywano słomą tak, że tylko ręce, nogi i część twarzy pozostawała widoczna. Gdy już wszystko było gotowe ustawiano pochód, składający się z jeźdźców na przystrojonych koniach i żniwiarzy na wozach drabiniastych.

Gość niebywały
Dużą wagę przykładano na polu do ostatnich garści zboża. Z nich właśnie robiono wieniec dożynkowy, wiążąc ostatni snop. Przy czym tradycyjnie kilkanaście kłosów zostawiano na opustoszałym rżysku, nadając im najrozmaitsze nazwy: przepiórki, kozy, brody, pępka. Wieniec dożynkowy nazywany w pieśni obrzędowej „gościem niebywałym”, zawieszano z szacunkiem na ścianie i przechowywano troskliwie do następnych żniw. Czasami zanoszono go do poświęcenia w dzień święta Matki Boskiej Zielnej, a każdego roku wykruszano zeń nieco ziarna i mieszano na szczęście z ziarnem przeznaczonym do jesiennego lub wiosennego siewu. „Gość niebywały” otoczony był powszechną czcią jako znak błogosławieństwa Bożego. Ten tradycyjny wieniec miał roztaczać dookoła swe „dobroczynne działanie, zabezpieczając dom i jego mieszkańców przed wszelkiego rodzaju klęskami”. Zapewniać pomyślność w pracy, zdrowie i dobrobyt.

Dar dla przepiórki
Rozpowszechnionym zwyczajem było również strojenie i obrywanie „ostatnich” kłosów. Garść pozostawioną na polu oczyszczano z chwastów, związywano u góry słomą lub czerwoną taśmą, a pod spód kładziono płaski kamyk, a na nim kawałek chleba i szczyptę soli. To miał być dar dla przepiórki – ulubienicy rolników, którą żegnano starodawną piosenką: „Ostań z Bogiem przepióreczko/ Już nie wyjdziem w to poleczko”. Dawniej „dar ten musiał być najprawdopodobniej poświęcony bądź demonowi zboża (wierzono w to długo jeszcze po przyjęciu chrześcijaństwa), bądź – jak twierdzą niektórzy badacze tradycji ludowej – duszom przodków”. Nie zapominano o nich podczas tego największego święta. W niektórych okolicach Wołynia jeszcze dzisiaj panuje zwyczaj składania w ostatnie kłosy nieco jadła z uczty dożynkowej jako daru dla zmarłych. A obrywanie ostatnich kłosów polegało na tym, „że się trzy razy obchodzi, ciągnąc za sobą za nogi po rżysku przodownicę lub inną żniwiarkę przy wtórze: chto brody nie orze/temu się nie rodzi zborze – piosenka z siedleckiego, gdzie ostatnie kłosy zwano brodą”.

Źródło: "Farmer" 15/2006