Gęś zawsze była, i na całe szczęście do dnia dzisiejszego jest, hodowana sezonowo. W okresie św. Marcina, po wyrośnięciu, nabierała wartości kulinarnej. Co więcej, jej utrzymanie przez okres zimowy stawało się zbyt kosztowne, dlatego należało stado zredukować do minimum dającego wiosną możliwość odtworzenia ich produkcji. - Gęsina nie była tanim mięsem, dlatego produkowano ją w bogatszych gospodarstwach, często także w dworskich obejściach - mówi Marek Gąsiorowski prezes Convivium Wielkopolska, Slow Food. - Jeżeli powstało przysłowie o gęsinie i Marcinie, to rzeczywiście popularność tych zwierząt była taka, że dostały się do przysłowia. Potwierdzeniem popularności gęsi jest fakt, że jeszcze dziś mamy w Polsce kilkanaście ras zachowawczych: kielecka, zatorska, biłgorajska, suwalska czy pomorska. Nie powstały z niczego. Regionalnie były hodowane i to w sporej ilości, dając możliwość sprzedaży także poza Polskę.

Spożywanie gęsi było pierwotnie drugorzędną sprawą. Była ona hodowana głównie na puch i pierze.

W okresie Polski Ludowej upowszechniła się opinia, że gęsina jest tłusta.

- Nie wiem kto to wymyślił, ale było to pewnie znakomite wytłumaczenie tzw. okresowych niedoborów towarów na rynku – mówi Gąsiorowski. - Trudno z jednym się nie zgodzić, że gęś nosi na sobie sporo tłuszczu, ale jest on jednym z lepszych, jeżeli chodzi o przyswajalność i metabolizm, o czym dzisiaj mówią dietetycy. Poza tym ma znakomity smak. Lubię zrobić zwykłego schabowego, oczywiście po poznańsku z kością, ale upiec go na smalcu z gęsi. To najprostsza rzecz jaka może być, żadnej finezji w tym nie ma, a jaki ma smak! Jako Wielkopolanie możemy mieć najwspanialszą świętomarcińską ucztę w zgodzie z tradycją - porcja gęsiny i na deser rogal. Myślę, że inne regiony mogą nam zazdrościć takiego jadła.