Po wyłączanych z produkcji cukrowniach zostają place, budynki, maszyny i ludzie. Ci ostatni najczęściej mają kłopoty ze znalezieniem nowej pracy gdyż albo są specjalistami od produkcji cukru, albo robotnikami o bardzo niskim wykształceniu, którzy na długo zasilą szeregi bezrobotnych.

Z urządzeniami likwidowanej cukrowni sprawa jest stosunkowo prosta. W większości, po pocięciu, trafiają na złom.

Jeżeli cukrownia posadowiona była na terenach miejskich, grunty po niej natychmiast stają się atrakcyjnym terenem inwestycyjnym. Tak na przykład jest w przypadku zlikwidowanej Cukrowni Lublin.

Sprawy znacznie się komplikują – a tak jest w większości przypadków - gdy zakład znajdował się w małej miejscowości.

Po wygaszeniu produkcji, opustoszałe budynki niszczeją. Nie ma chętnych do ich kupienia czy wydzierżawienia. Bardzo często są rozkradane i dewastowane.

Na wielkich placach, na których składowane były buraki najczęściej hula wiatr. Czasami ktoś handluje tam węglem czy nawozami sztucznymi. Jednak jest to działalność nieproporcjonalnie mała do powierzchni, na której jest prowadzona. W ten sposób majątek wielkiej wartości dekapitalizuje się.

Czy jest wyjście z tej sytuacji? Najprostsze to znaleźć inwestora, który zakład kupi w całości, dobrze zapłaci i w jego miejscu uruchomi działalność gospodarczą, dającą pracę zwolnionym z cukrowni. Ale obecnie, praktycznie, jest to rozwiązanie z pogranicza fantazji.

Dużo poważniej wyglądają plany wykorzystania nieruchomości po byłych cukrowniach i części ich maszyn do produkcji bioetanolu. Takie rozwiązanie jest skutecznie stosowane na przykład w Niemczech.

W naszym kraju, poważne prace studyjne, nad zagospodarowaniem niektórych zamkniętych cukrowni do wytwarzania energii z biomasy, prowadzi Polska Grupa Energetyczna. Jednak na razie o konkretnych realizacjach pomysłu jeszcze nie słychać.


Źródło:Agrobiznes