W Unii Europejskiej od roku 1992 wytwórcy artykułów rolno-spożywczych mogą starać się o nadanie ich produktom jednego z trzech certyfikatów: Chronionej Nazwy Pochodzenia, Chronionego Oznaczenia Geograficznego lub Gwarantowanej Tradycyjnej Specjalności. Nadanie produktowi jednego z tych certyfikatów oznacza objęcie jego nazwy ochroną przed próbami naśladownictwa lub podszywania się pod zarejestrowaną nazwę. W szczegółowej specyfikacji, dołączanej do wniosku o rejestrację określone jest jak, kiedy i gdzie dany artykuł należy produkować, aby można było używać objętej ochroną nazwy.

Wspólny trud
Polska ma mnóstwo tradycyjnych smakołyków. Na krajowej liście produktów tradycyjnych znajdują się już 164 wyroby, ale o unijne certyfikaty wystąpili producenci zaledwie dziesięciu z nich. Trudno im bowiem „zjednoczyć siły” i zawrzeć porozumienie o współpracy, co jest niezbędne przy ubieganiu się o unijny certyfikat. Producenci takich samych produktów muszą przygotować wspólną recepturę i podzielić się kosztami przygotowania wniosków, a także wyrazić zgodę na kontrolowanie swoich wyrobów przez Państwową Inspekcję Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych. Nadzór weterynaryjny bowiem sprawdza jedynie warunki sanitarne, w jakich odbywa się produkcja, a jakość gotowego wyrobu musi być sprawdzana przez niezależną jednostkę certyfikującą, akredytowaną przez UE (podobnie jest w przypadku certyfikowania gospodarstw ekologicznych).

Producenci obawiają się, że wyrób wpisany do unijnego rejestru produktów chronionych stanie się dobrem powszechnym. Z przepisów wynika, że każdy, kto spełni wymagania specyfikacji zawartej we wniosku, może wytwarzać dany produkt. Ale bez certyfikatu tym bardziej nasze narodowe specjały w każdej chwili mogą zostać podpatrzone i produkowane bez naszej zgody pod tą samą nazwą w każdym regionie unijnym. Ustrzec przed tym może jedynie zarejestrowanie w unijnym systemie ochrony produktów. Wówczas lokalny smakołyk stanie się znanym w całej Europie przysmakiem, za którego wyjątkową i specyficzną jakość konsumenci chcą płacić. Unia przyznaje też wcale niemałe pieniądze na ich promocje.