Najpierw było Zrzeszenie Plantatorów. Potem skrzyknęło się dwunastu rolników, powołując grupę inicjatywną dążącą do stworzenia nowej struktury. Od jesieni 2003 r. trwały dyskusje i narady. 12 stycznia 2004 r. idea przybrała konkretny kształt i grupa uzyskała wpis do Krajowego Rejestru Sądowego, a 9 marca Wojewoda Wielkopolski wydał decyzję o wpisaniu Grupy Producentów Tomapol do rejestru grup uznanych. Na pierwszym walnym zgromadzeniu do nowego podmiotu gospodarczego przystąpiło kolejnych 86 plantatorów.

Zalety i trochę wad
Decyzję o ograniczeniu liczby członków założycieli uważam za słuszną. Usprawniło to i przyspieszyło założenie grupy – podkreśla prezes Krzysztof Kuczyński. Początki były trudne. Zostaliśmy od razu zarejestrowani jako grupa uznana, co odcięło nas od środków, z których mogą korzystać grupy zarejestrowane dopiero po wejściu do Unii Europejskiej. A nie są to małe kwoty. Rocznie (przez pierwsze 2 lata) mogliśmy dostać na działalność grupy około 100 tys. euro. Podjęta przez zarząd próba cofnięcia decyzji i zarejestrowania się jako grupy wstępnie uznanej nie powiodła się – wyjaśnia Krzysztof Kuczyński.

Skoro tamte środki zostały bezpowrotnie utracone, plantatorzy postanowili skorzystać z Funduszu Operacyjnego utworzonego w ramach Programu Operacyjnego. Dzięki funduszowi możemy odzyskać połowę zainwestowanych środków, a wydać możemy dwa razy tyle, ile zbierzemy ze składek naszych członków – wyjaśnia prezes. Pieniądze te mogą być przeznaczone m.in. na działalność związaną z ochroną przyrody i na akcje marketingowe.

Grupa zdecydowała się na szkolenia, zakup deszczomierzy i fachowej literatury oraz na specjalny program komputerowy do zarządzania harmonogramem dostaw przy użyciu technologii GSM.
Pierwszy rok działalności w grupie okazał się wyjątkowo ciężki dla rolników. Warunki pogodowe sprawiły, że uzyskano niewiele ponad 60 proc. zakładanej produkcji pomidorów. Tomapol przetrwał tylko dzięki temu, że planatorzy uwierzyli w sens istnienia grupy i zdecydowali się na spore, bo wynoszące tysiąc złotych wpisowe. Obecnie grupa radzi sobie dobrze, a zainteresowanie przynależnością do niej nie maleje. Kiedy starsi plantatorzy przekazują swoje gospodarstwa dzieciom, te automatycznie przystępują do grupy, dzięki czemu liczba członków jest stabilna.

Razem łatwiej
Grupa Tomapol powstała głównie ze względu na dopłaty wprowadzone do produkcji pomidorów po przystąpieniu Polski do Unii. Wynoszą one obecnie 34,5 euro do każdej tony sprzedawanych do przetwórstwa pomidorów. W ubiegłym sezonie średnia cena, jaką uzyskali plantatorzy z Międzychodu, wynosiła 205 zł za tonę (bez dopłaty) i była zbliżona do średniej krajowej.

Plantatorzy nazywają to wyrównaniem cen, a nie dopłatą. O kwotę dopłaty zmniejszyła się bowiem cena, jaką wcześniej uzyskiwaliśmy za pomidory. Dzięki temu nie ponosimy dodatkowych strat, ale też nie zyskujemy – podkreśla Krzysztof Kuczyński. Cena krajowych pomidorów jest dzisiaj zbliżona do cen europejskich – wyjaśnia Włodzimierz Kaczmarek, jeden z większych producentów i członek-założyciel Tomapolu. Trudno sobie jednak wyobrazić sytuację, w której dopłaty zostałyby nam odebrane. Oznaczałoby to załamanie produkcji. Coraz większym zagrożeniem staje się też dla nas perspektywa importu taniego towaru np. z Chin. Nie każdy zwraca uwagę na jakość – dodaje.

Atutem miejscowego zakładu jest regularność wypłat – zgodna z terminami zawartymi w umowach. Na dobre relacje z odbiorcą zapewne wpływa fakt, że Grupa Producentów TOMAPOL jest jedną z dwóch grup dostarczających pomidory do firmy HJ Heinz Polska; wspólnie te dwie grupy wytwarzają jedną trzecią pomidorów produkowanych w kraju. Z takim dostawcą trudno się nie liczyć. Są w tym układzie pewne drobne minusy – przyznaje prezes Kuczyński. – Jesteśmy uzależnieni od jednego odbiorcy. Na szczęście firma dobrze prosperuje i mamy nadzieję, że to się nie zmieni. Umowy są jednak podpisywane tylko na rok. Dla nas lepsze byłyby umowy kilkuletnie, bo ułatwiałyby nam planowanie nowych inwestycji.

Przynależność do grupy umożliwia korzystniejszy zakup środków ochrony roślin i nawozów. Zarząd podpisuje bowiem z wybranymi firmami kredytowe umowy gwarancyjne. Jest to rodzaj poręczenia, w którego ramach każdy rolnik może zakupić środki za 1000 zł na każdy hektar, a grupa jest gwarantem zapłaty za nie, gdyby plantator miał problemy finansowe. Umowy są kredytowe spłacane po zakończeniu sezonu.

Zły sezon na „sezonowych”
Plantatorzy, członkowie grupy, widzą konieczność kolejnych inwestycji. Najpilniejszym zakupem są nowe siewniki, które trzeba sprowadzać z Włoch, a to wiąże się z wydatkiem siedmiu tys. euro za każdą maszynę. Niezbędne są także sadzarki.

Pilną sprawą jest także zorganizowanie mechanicznego zbioru pomidorów, bo coraz trudniej o dobrych pracowników sezonowych. Koszty zbioru ręcznego rosną i będą rosły – dodaje Włodzimierz Kaczmarek. Trudno w tym sezonie mówić jeszcze o pomidorach, ale przy truskawkach płaciłem 20–25 proc. więcej niż w roku ubiegłym. Mimo bezrobocia, chętnych do pracy brakuje. Nasi wyjeżdżają na Zachód, ze Wschodu przestali przyjeżdżać z powodu ograniczeń wizowych.

Niestety, koszt maszyny do zbioru to kwota około 800 tys. złotych. Na taki wydatek grupy nie stać. Do tego nie ma w naszym kraju ani jednej firmy świadczącej tego typu usługi. Być może wyjściem będzie sprowadzenie używanego sprzętu z zagranicy. Pilnie przyglądamy się nowym programom pomocowym – opowiada prezes. Na razie jednak dotacje unijne przeznaczane dla takich grup, jak nasza, dotyczą głównie spraw związanych z ochroną środowiska i poprawą sprzedaży. Jeżeli jednak pojawi się możliwość pozyskania dodatkowych środków, na pewno z niej skorzystamy – dodaje.

Dzisiaj funkcjonowanie w grupie jest niezbędne właśnie ze względu na nowe uwarunkowania, zmieniające się przepisy, uruchamiane dotacje – podkreśla Włodzimierz Kaczmarek. Ktoś tego musi pilnować, a nie zrobi tego rolnik, bo musi skupić się na produkcji. Dlatego na prezesa wybraliśmy nie plantatora, lecz ekonomistę – wyjaśnia.

Źródło: "Farmer" 15/2006