W gospodarstwie Gertrudy i Herberta Tadajów z Burdąga na Mazurach goście mają do dyspozycji osobny, wychuchany dom, a w nim kuchnię. Mogliby sami przygotowywać sobie posiłki, ale  nigdy nikomu nie przyszło to nawet do głowy. Pani Gertruda jest zawołaną kucharką. Gotuje tradycyjnie, po mazursku, a nauczyła się tego od teściowej. – O, moja mama była w tym mistrzynią – przyznaje pan Herbert. – Kucharzyła nawet po weselach. Pani Gertruda uważa, że całą tajemnicą jej kuchni jest to, że używa głównie własnych produktów i wyłącznie naturalnych składników. Choć państwo Tadajowie już dawno zrezygnowali z chowu świń i nastawili się na chów bydła – mlecznego i opasowego – w gospodarstwie jest locha, bo chcą mieć nie tylko własną cielęcinę, ale i wieprzowinę. Gospodyni ma też spore stadko kur i gęsi. Wyjeżdżający goście często kupują jej drób. Są jeszcze ryby z własnego, 10-arowego stawu. - Pływają w nim prawie wszystkie gatunki oprócz węgorza – mówi pan Herbert. – W tym roku jednak z powodu suszy pstrągi miały się marnie i chyba nie będę już  wpuszczał ich narybku. 

Goście bardzo chętnie łowią ryby w gospodarstwie. Nie muszą mieć karty wędkarskiej, a odłów jest bezpłatny. Mogą też popływać po stawie łódką, przejechać się po okolicy rowerem lub bryczką zaprzężoną w kucyki gospodarzy. 

Pani Gertruda pewnie poradziłaby sobie sama w kuchni, gdyby trzeba było nakarmić tylko mieszkających u niej turystów, bo wynajmują pięć pokoi. Ale latem do domu nad jeziorem często zjeżdża się rozrzucona po świecie rodzina (na zjazd rodu Tadajów w roku 2000 stawiło się około 500 osób). Poza tym gospodarstwo przyjmuje imprezowiczów. Organizuje ogniska, przyjęcia urodzinowe, wesela. Często trzeba nakarmić ponad sto osób. Dlatego pani Gertruda musi zatrudniać w kuchni pomocnice. Ona sama zaś pomaga mężowi przy krowach, zwłaszcza kiedy mijają wakacje i ich dzieci wracają do nauki. 

Młodych Tadajów jest pięcioro. Dwóch synów ukończyło studia i wyjechało w świat. Dwoje jeszcze studiuje, a najmłodszy syn uczy się w pobliskim Szczytnie w Technikum Hotelarskim. Jego koledzy, a także studenci Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie odbywają w gospodarstwie jego rodziców praktyki. Ich obecność to także wsparcie dla gospodarzy. 

Państwo Tadajowie mają nadzieję, że to najmłodszy syn przejmie ich gospodarstwo: 62 hektary ziemi, w tym 22 ha użytków zielonych i 8 ha lasu, nowiutką, bo postawioną w ubiegłym roku oborę, mogącą pomieścić 40 krów (dziś jest 25). Nowa obora jest dumą gospodarza. Jest w niej automatyczna linia zgarniania obornika, zbiornik na odpady po myciu urządzeń udojowych, łazienka i pomieszczenie biurowe. Latem krowy przychodzą do obory tylko w czasie doju, bo tuż za jej drzwiami rozciągają się pastwiska. Co dwa dni przyjeżdża po mleko (2.200 litrów) cysterna z Mrągowa, gdzie mieści się  filia mleczarni w Grajewie. Spółdzielnia płaci 1,25 zł  za litr mleka. Pan Herbert chowa jeszcze około 20 opasów. W tym roku sprzedawał je w dobrej cenie 6 zł za kg. 

Gospodarze żałują, że nie wszystkie budynki mogli postawić na nowo, tak jak oborę, ale nie starczało środków.  Przerobili na przykład dom rodziców na kuchnię i jadalnię, ale okazało się, że nie można było tego zrobić tak, żeby pani Gertrudzie wygodnie się tam pracowało. Odradzają więc  przebudowy, choć sami właśnie zmieniają dawny budynek gospodarczy w dom dla gości, gdzie będzie kolejnych 5 pokoi. 

W nowym sezonie ceny nie zostaną zmienione. – Herbert, a nie podwyższyłeś cen? To pierwsze pytanie telefonujących do nas stałych gości – śmieje się gospodarz. A więc także w przyszłym roku trzeba będzie zapłacić 40 zł za nocleg i 40 za cztery posiłki, bo zawsze jest podwieczorek, obowiązkowo ze świeżutkim ciastem. Cudzoziemcy, a przyjeżdża ich do Burdąga sporo, płacą 24 euro za dobę. Byli już nawet goście z Toronto i z Chin.                                            

Źródło "Farmer" 23/2005

Podobał się artykuł? Podziel się!