Społeczny Instytut Ekologiczny założyła w roku 1980 grupka warszawskich naukowców. Miała to być jedna z instytucji rodzącego się właśnie społeczeństwa obywatelskiego. Inicjatywy Instytutu dotyczyły głównie spraw warszawskich, np. podstołecznych wysypisk śmieci, ale z czasem wykraczały poza warszawskie podwórko, tak jak wypadku obrony Puszczy Białowieskiej. Różnorodność biologiczna pojawiła się jako ważny temat przed kilku laty, kiedy w Instytucie objęły rządy dziennikarki żywo zainteresowanie ekologią: Ewa Sieniarska i Elżbieta Priwieziencew. Od problematyki bioróżnorodności nie dawało się uciec. Temat się "umiędzynarodowił". Na Szczycie Ziemi w Rio de Janeiro stwierdzono przecież, że każde państwo jest odpowiedzialne za przeżycie gatunków znajdujących się na jego terytorium - mówi wiceprezes Instytutu Elżbieta Priwieziencew. - Postanowiłyśmy podjąć bardzo konkretne, praktyczne działania na rzecz ochrony bioróżnorodności, które jednocześnie dawałyby korzyści ekonomiczne tym, którzy ją chronią.

Nie chciałyśmy tworzyć banku genów - dodaje prezes Ewa Sieniarska. To jest zadanie instytutów naukowych, które dobrze je spełniają. Chciałyśmy, żeby stare rasy zwierząt i odmiany roślin były hodowane w miejscu ich powstania. Myślałyśmy o powrocie do pięknych lokalnych tradycji naszego rolnictwa i ogrodnictwa, a jednocześnie o jakości produktów spożywczych, zdrowiu człowieka i dobrostanie zwierząt.

Wybór padł na Kurpie, bo to ciekawy i czysty region blisko Warszawy, a więc dużego rynku zbytu. Żeby opracować program, jego autorki przejechały Kurpie wzdłuż i wszerz, pokonując ponad 70 tysięcy kilometrów i odwiedzając mnóstwo gospodarstw ekologicznych. Nie podpierały się żadnym instytucjonalnym autorytetem. Przyjeżdżały do rolników i próbowały ich przekonać do swojej idei. Przełamywały lody nieufności. Bardzo starannie wybrały do swego programu ponad 100 gospodarstw.

O fundusze zwróciły się do dwu organizacji: UNDP- Programu Narodów Zjednoczonych ds. Rozwoju i polskiego EkoFunduszu. Przez pół roku pisały program, a przez następne pół pracowicie go poprawiały. Z sukcesem! Udało się zgromadzić spore pieniądze i rozpocząć dużą akcję. Dziś warszawskie sklepy z tzw. zdrową żywnością same dobijają się o dostawców jaj od żółto- i zielononóżek. Rolnik, który sprzedaje takie jajka u siebie w gospodarstwie, bierze za nie 45 groszy, w Warszawie zaś o 5 groszy więcej. Sklepy sprzedają je po 70 groszy za sztukę i wszyscy są zadowoleni, łącznie z klientami.

Instytut już myśli o tym, jak zagospodarować ekologiczne mleko, które na razie trafia na Kurpiach do cystern razem a "konwencjonalnym". Ma tam powstać wytwórnia ekologicznych serów.

Byłaby wielka szkoda, gdyby nasz program skończył się tylko na działaniach hobbystycznych - mówią panie z Instytutu. Rolnicy muszą sami zorganizować dalszą produkcję. Przygotować wspólnie większe partie towaru. Nauczyć się kupować zwierzęta. Transport kurczęcia jest wiele razy droższy niż ono samo, dlatego tylko wspólne zamawianie usług transportowych ma sens. Tego trzeba nauczyć.

W ramach programu "Kurpiowski model różnorodności biologicznej w rolnictwie" Społeczny Instytut Ekologiczny w ciągu trzech ostatnich lat przekazał kurpiowskim gospodarstwom 6 000 zielononóżek i żółtonóżek kuropatwianych, 24 krowy rasy polskiej czerwonej, 22 koniki polskie, 11 hucułów, 70 owiec olkuskich i wrzosówek, 1000 gęsi odmian północnopolskich, 1000 minikaczek i kaczek pekin P33, 124 świnie złotnickie białe i puławskie. Na polach rolników powstały poletka doświadczalne starych odmian zbóż i ziemniaków, a także pierwsza na Kurpiach szkółka drzew owocowych starych odmian (po 100-200 drzewek), zraźnik i 6 sadów przydomowych.

W dwóch gospodarstwach zbudowane zostały płyty obornikowe i zbiorniki na gnojowicę, zrenaturyzowane zostało starorzecze i odtworzono 10 oczek wodnych. Poprowadzono osiem warsztatów, w których wzięło udział po około 70 rolników oraz dwa warsztaty praktyczne w terenie, podczas których zajmowano się pielęgnacją starych drzew owocowych.

Źródło: "Farmer" 05/2005