Niemiecka ustawa o OZE (EEG) dawała w zasadzie bez żadnych ograniczeń OZE gwarantowane ceny odkupu energii (tzw. feed-in-tarif). OZE w Niemczech zaczęło więc gwałtownie przybywać, a kwota dopłat, pokrywających różnicę do cen rynkowych - rosnąć. O ile w 2010 r. dopłata była rzędu 2 eurocentów, w 2011 i 2012 wynosiła nieco ponad 3,5 eurocenta, to w 2013 skoczyła do 5,27, a w 2014 - do 6,24. A think-tanki niemieckich Zielonych prognozowały, że jeszcze wzrośnie do poziomu 6,5-6,7 eurocentów w kolejnych latach.

Już w 2013 r. rząd Angeli Merkel zasygnalizował jednak, że 24 mld euro rocznie to kres możliwości ekonomicznych państwa i mimo podtrzymania polityki transformacji energetycznej (Energiewende) w oparciu o energetykę odnawialną, należy ograniczyć i dopłaty i wzrost cen prądu.

EEG została więc w 2014 r. znowelizowana, rząd wprowadził pewne warunki otrzymania dopłat i ograniczył listę firm, nie płacących z EEG-Umlage. W efekcie tempo powstawania nowych OZE w drugiej połowie roku znacząco spadło.

W 2015 r. prognozowana kwota subsydiów ma spaść do ok. 23 mld euro, ale nie jest to efekt zmiany prawa. Niemiecki system przewiduje bowiem, że część subsydiów idzie na specjalną rezerwę. Okazało się, że rezerwa ta - w 2014 r. 1,3 mld euro - nie została wykorzystana i dlatego w roku następnym można nieco obniżyć dopłaty.

Konieczność tworzenia rezerwy wynika z niestabilności pracy OZE. Źródeł tych w Niemczech jest już tak dużo - moc zainstalowana paneli fotowoltaicznych sięga 40 GW, o 40 proc. więcej niż szczytowe zapotrzebowanie Polski - że w sprzyjających warunkach, gdy wieje wiatr i świeci słońce, produkują znacznie więcej energii niż potrzeba. Ponieważ ustawa EEG gwarantuje źródłom odbiór energii, a zdolności do jej zmagazynowania są marginalne, Niemcy muszą wtedy wysyłać tą energię do sąsiadów. Skoro jednak takie przepływy nie są planowane, za możliwość "wypchnięcia" tej energii trzeba odbiorcy zapłacić i to dużo. Tak powstało zjawisko ujemnej ceny rynkowej energii, bo odbiorca wtedy nie płaci, tylko inkasuje pieniądze.

Danych za 2014 r. jeszcze nie ma, ale w 2013 r. Niemcy w takich przypadkach dopłacali po 100 euro za MWh, ok. dwukrotność ceny rynkowej. Właśnie po to gromadzi się rezerwę, która w 2014 r. nie została wykorzystana. Analogiczna rezerwa w 2015 r. ma wynieść 1,8 mld euro.

Obecnie z OZE w Niemczech pochodzi ok. 25 proc. energii elektrycznej, a w 2030 r. ma to być nawet 40 proc. Ośrodki analityczne od dawna prognozowały, że dla powodzenia Energiewende Niemcy będą chciały ją "zeuropeizować", wymóc podobne do własnych rozwiązania w całej UE, aby zmniejszyć konkurencyjność sąsiednich gospodarek względem własnej. Rok temu grupa państw z Niemcami na czele lobbowała za 30 proc. wiążącym celem dla OZE w unijnej polityce klimatycznej na rok 2030. Ostatecznie przyjęto jednak 27 proc. i to jako cel niewiążący, średni dla całej UE, a skupiono się na ograniczeniu emisji CO2.