To historia bardzo trudna i złożona. Pan Piotr z Kolonii Marysin w gminie Rejowiec jest dosyć nieporadnym rolnikiem. - Ten człowiek sobie po prostu nie radzi - mówi otwarcie sołtys wsi i dodaje - Przez kilka lat ten pan nie miał nawet ważnego dowodu osobistego. Sam go woziłem do fotografa, a później zdobyłem od niego pełnomocnictwo, by w jego imieniu odebrać dowód. Jego stado przez pewien czas było niezarejestrowane. Dopiero moja pomoc sprawiła, że bydło ma paszporty - mówi pan Cezary Świerczyński.

Rolnik choć jest w bardzo trudnej sytuacji finansowej, nie zgłasza się po dopłaty bezpośrednie. Ponadto nie kwalifikuje się do zasiłku, ze względu na wielkość gospodarstwa. Na co dzień zbiera puszki i butelki, które oddaje do skupu. To jego podstawowe źródło dochodu. – W sezonie stara się pracować u sąsiadów. Pan Piotr z tego co wiem to nie pije, jest porządnym mieszkańcem, tylko bardzo biednym – przyznaje jego sąsiad, który nie chce byśmy w tekście zdradzili choćby jego imię.

Czy prawidłowo zajmuje się zwierzętami?

- To dusza a nie człowiek, bardzo dba o swoje bydło. On nie daje im nawet wody z kranu, specjalnie pobiera ją ze studni, bo twierdzi, że tzw. kranówka ma chlor i jest niezdrowa - przyznaje sołtys i opowiada – całą jesień zwoził do gospodarstwa siano, by zwierzęta miały co jeść. Wrzucał je na rower i na raty zawoził do gospodarstwa. Zdarzało się, że jechał po paszę do wiosek położonych 10 kilometrów stąd. Te zwierzęta to jego cały świat.

Kiedy dopytujemy o padłe zwierzęta, sołtys staje po stronie mieszkańca Marysina. – One wcale nie padły z głodu! Przecież to normalne, że zwierzęta umierają, tamte miały już swoje lata. Czy w Janowie Podlaskim, w którym zwierzęta miały wszystko pod dostatkiem też padały z głodu? - pyta retorycznie sołtys.

Jest jednak faktem, że zwierzęta żyją w strasznych warunkach. Sąsiedzi przyznają, że są one wychudzone, a obora nie ma nawet dachu i okien.  Wszyscy rozmówcy zgodnie powtarzają, że okoliczni mieszkańcy robią wszystko by pomóc sąsiadowi w potrzebie. Sami dowożą siano, ale często pan Piotr unosi się honorem i odmawia wsparcia. - Przed świętami przyjechali do niego strażacy, by dać mu paczkę żywnościową. Przepędził ich w bardzo brzydki sposób - wspomina Cezary Świerczyński.

Kiedy pytamy o to, czy gospodarstwem rolnika zainteresował się powiatowy lekarz weterynarii, mieszkańcy Marysina przyznają, że nigdy go tam nie widzieli. – Wie pan, gdyby nagle taki lekarz zabrał mu zwierzęta, to musiałby się liczyć z tym, że ten pan może odebrać sobie życie. Już raz słyszałem od pana Piotra, że gdyby do tego doszło to ten powiesiłby się na drzewie…- twierdzi sołtys.

Gospodarstwem jakiś czas temu zainteresowała się Chełmska Straż Ochrony Zwierząt, ale rozmowy z rolnikiem na temat oddania zwierząt nie przyniosły skutku.

Co należałoby zrobić w tym przypadku? Jesteśmy bardzo ciekawi Państwa zdania.