"Tradycyjnie owce z gór schodzą na św. Michała, czyli 29 września. Jednak w tym roku wyjątkowa obfitość i dostępność traw sprzyja dłuższemu wypasowi" - powiedział Stanisław Kutyna ze Związku Hodowców Owiec i Kóz w Sanoku (Podkarpackie).

Dodał, że "nie bez znaczenia jest też fakt, że od kilku lat owce z gór do hodowców transportowane są samochodami". Wcześniej wracały pieszo; dotyczyło to również owiec z Podhala.

Owce wypasane są wokół kilku bacówek m.in. w okolicach Łupkowa, Średniej Wsi w Bieszczadach czy Krempnej w Beskidzie Niskim. Część baców wraz ze stadami przyjechała z Podhala, pozostali mieszkają w pobliżu bacówek. "To górale z Podhala, którzy osiedlili się na Podkarpaciu" - zaznaczył Kutyna.

W bacówce stado liczy od 500 do 1500 sztuk. Każdy juhas opiekuje się co najmniej 100 owcami i tyle zwierząt musi codziennie wydoić. "Dojenie odbywa się dwa, trzy razy w ciągu dnia. Pierwsze rozpoczyna się o czwartej rano, a ostatnie - o siódmej-ósmej wieczorem. Udój całego stada trwa około dwóch godzin" - wyjaśnił Kutyna. Dodał, że owce dają do 200 mililitrów mleka.

Juhasi zajmują się także m.in. dostarczaniem mleka do mleczarni i wyrobem serów. Pilnują też stad przed atakami wilków, które od początku tego roku zabiły już ponad 100 owiec. "Żeby zostać juhasem, trzeba być góralem z Podhala; to jest praca dla wyjątkowo twardych ludzi" - powiedział Kutyna.

W Bieszczadach i Beskidzie Niskim wypasa się owce dwóch ras - polską owcę górska i cakiel podhalański. Są to zwierzęta niezbyt duże, lekkie. Dostarczają skóry, wełnę, chude mięso, mleko do wyrobu serów owczych. Są przystosowane do niekorzystnych warunków środowiskowych, np. opadów i niskich temperatur.

W latach 80. w Bieszczadach i Beskidzie Niskim wypasano prawie 40 tys. owiec.