– Teraz są już młode ziemniaki krajowe, ale od 15 listopada sprowadza się już je z Afryki i innych krajów, a nasze leżą w przechowalniach. Wtedy nam się obniża cenę, bo za sprowadzone płacą po 20 gr, a mi trzeba zapłacić 40-50 gr. Cena w sklepie jest taka sama – krajowych i zagranicznych – oburza się Krzysztof Staszałek, dyrektor dużego przedsiębiorstwa rolnego z Dolnego Śląska. W jego przechowalni do tej pory leżało jeszcze około 500 ton ziemniaków.

- Jeśli nie uda się ziemniaków jadalnych sprzedać zgodnie z przeznaczeniem, nikt więcej ich nie kupi. Nie będą się nadawały ani na skrobię, ani na chipsy lub frytki – mówi Staszałek. Ostatecznie ziemniaki „udało się” sprzedać do pobliskiej przetwórni za symboliczne „grosze”, ponieważ dobra odmiana jadalna ma małą zawartość skrobi.

Przedsiębiorca uważa, że przebitka, między ceną płaconą dla niego, a tą w markecie, jest trzykrotna. – I to tylko za to, że ziemniaki zostały oczyszczone i zapakowane. Teraz mamy nawet systemy sortująco-czyszczące z myciem, że wystarczy je tylko zapakować. To przez pośredników ceny są wysokie, mimo iż w poziom rolnictwa w Europie stoi na wysokim poziomie – podsumowuje Staszałek.

W podobnej sytuacji jest wielu innych dużych producentów ziemniaków jadalnych, gdzie odbiorcy nie chcą kupić zakontraktowanych ziemniaków lub deklarują kupno po zaniżonych cenach, uzasadniając to spadkiem jakości przechowywanych przez wiele miesięcy bulw. Producenci mogą domagać się praw wynikających z umowy w sądzie, ale co zrobić z bieżącą uprawą, z której już niedługo będzie można zebrać plon? Wyboru wielkiego nie ma, bo dużych odbiorców jest tylko kilku.