PRZEGLĄD PRASY: Wierzba wiciowa nie jest na razie tak ważna dla energetyki jak np. gaz ziemny. Ale i ona może w przyszłości odegrać istotną rolę w bilansie energii. Podobnie jak róża bezkolcowa, rdest sachaliński, słoma i odpady drewna określane wspólnym mianem biomasy - pisze Grzegorz Łyś.

W niedalekiej przyszłości biomasa ma się stać, obok wiatru, jednym z głównych źródeł energii odnawialnej w Polsce, co umożliwi m.in. wykonanie postanowień UE w tej dziedzinie. Zakłada się, że w 2010 r. udział źródeł odnawialnych w ogólnym bilansie energii, a także w wytwarzaniu energii elektrycznej, powinien wynieść 7,5 proc. To bardzo ambitne plany, bo obecnie wskaźnik ten nie przekracza 3 proc.

W Polsce do zwiększenia roli odnawialnych źródeł energii (oze) dąży się z mniejszą lub większą konsekwencją od kilkunastu lal. Wysiłki te nie przynosiły przez długi czas większych rezultat ów. Dopiero od wstąpienia naszego kraju do UE pojawiają się oznaki, że przełom w tej dziedzinie jest bliski. W Unii ekologię i energetykę odnawialną uważa się za jeden z priorytetów.

Wyrazem zmian jest wprowadzenie jesienią 2005 r. systemu świadectw pochodzenia energii, czyli tzw. zielonych certyfikatów. Dystrybutorzy muszą zapewnić wymagany przepisami udział odnawialnych źródeł energii w energii elektrycznej ogółem sprzedawanej odbiorcom końcowym. Obecnie wynosi on 7 proc, w 2010 r. ma to być 10,4 proc, a w 2017 r. już 12,9 proc. Z obowiązku tego zakłady energe -tyczne rozliczają się, przedstawiając zielone certyfikaty kupowane np. od właścicieli wiatraków czy elektrowni wodnych. Certyfikaty takie dostaje się jako potwierdzenie pochodzenia energii ze źródła odnawialnego.

Zapłata za zieloną energię składa się więc z dwóch składników: należności za tzw. czarną energię (ostatnio prawie 120 zł za 1 megawatogodzinę), którą uzyskują wszyscy dostawcy, oraz kwoty za sprzedaż certyfikatu (na Towarowej Giełdzie Energii ok. 230 zł za 1 MWh). Cena ta pokrywa znacznie wyższe koszty produkcji energii odnawialnej w porównaniu z konwencjonalną i zapewnia zyski satysfakcjonujące obecnie większość dostawców.

Wprowadzenie certyfikatów zapewniło producentom enerr gii odnawialnej stabilizację finansową w dłuższej perspektywie. Z powodu rosnącego zagrożenia globalnym ociepleniem w ubiegłym roku UE postanowiła do 2020 r. zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w ogólnoeuropejskim bilansie energii do 20 proc. Nie wiadomo jeszcze, jak przełoży się to na zobowiązania Polski; mówi się na razie 015 proc. Jest to zachęta do inwestowania w turbiny wiatrowe, siłownie na biomasę, źródła geotermalne czy elektrownie wodne. Największy boom zapowiada się w energetyce wiatrowej.

W sumie moc elektrowni wiatrowych w Polsce wynosi ok. 280 MW. To bardzo mało w porównaniu np. z Niemcami, gdzie wiatraki mają łącznie prawie 25 tys. MW, czy Hiszpanią z ok. 15 tys. MW. Dawniej twierdzono, że wiatry w Polsce są zbyt słabe i zmienne, by można było uzyskiwać ilość energii liczącą się w ogólnym bilansie. Ale warunki dla energetyki wiatrowej są u nas porównywalne z przodującymi w tej dziedzinie Niemcami.

Biorąc pod uwagę postęp techniczny - przed kilkunastu laty największe turbiny miały moc 0,3 MW i średnicę wirnika 30 m, obecnie jest to odpowiednio 5,5 MW i 126 m - wiatraki opłaca się dziś budować nie tylko na najbardziej wietrznym wybrzeżu Bałtyku czy w województwie podlaskim, ale także w głębi kraju. Szacuje się, że warunki naturalne pozwalają na zainstalowanie w Polsce turbin wiatrowych o łącznej mocy 13.5 tys. MW (nie licząc możliwości budowy elektrowni na morzu). Plany rządu zakładają, że w końcu 2010 r. powinniśmy osiągnąć 2000 MW.

Pierwszą elektrownię wiatrową w Polsce wybudował w 1991 r. ksiądz Franciszek Klag, proboszcz w Rytrze w Beskidzie Sądeckim. Ma ona obecnie moc 160 kW. Służy do ogrzewania i oświetlania kościoła, a energia sprzedawana do sieci jest istotnym źródłem dochodów parafii. Przez długi czas turbiny napędzane wiatrem kupowali i budowali tylko podobni do księdza Klaga entuzjaści. Dopiero kilka lat temu powstały pierwsze większe, nowoczesne obiekty, farmy wiatrowe liczące po kilkanaście wiatraków, takie jak np. oddany do użytku w 2003 r. Wolin North w Zagórzu na wyspie Wo lin o mocy 30 MW. Obecnie działa dziewięć farm o mocy od 5 do 40 MW. Budowane są dwie następne: Malbork i Zajączkowo-Widzino na Wybrzeżu Środkowym; ta ostatnia będzie miała aż 90 MW. Ponadto mamy w kraju ok. 150 pojedynczych turbin o niewielkiej na ogół mocy; łącznie niespełna 50 MW.

Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. - Budowa farm wiatrowych przeciąga się głównie z powodu problemów z przyłączeniem ich do sieci energetycznej. Jest ona zbyt słaba, zwłaszcza na północy kraju, gdzie warunki dla energetyki wiatrowej są najlepsze. W dodatku spółkom dystrybucyjnym nie spieszy się z przyłączeniami być może dlatego, że muszą pokrywać połowę ich kosztów. Bardzo trudno jest także o uzyskanie wszystkich niezbędnych pozwoleń na budowę, w tym decyzji środowiskowych. Być może to się zmieni. W Hiszpanii w ubiegłym roku energetyce wiatrowej przybyło 3500 MW.

Inną barierąjest szybki wzrost kosztów budowy. W ciągu trzech ostatnich lat zwiększyły się one z 1 mln do 1,8 - 2 mln euro na każdy megawat mocy. To głównie efekt rosnącego popytu na turbiny (75 - 80 proc. kosztów) i wiążącego się z tym wzrostu cen. Uruchamiając farmę wiatrową średniej wielkości, trzeba wyłożyć na początku kilkadziesiąt milionów euro, a potem latami czekać na zamówione turbiny. Coraz częściej eliminuje to z konkurencji słabsze kapitałowo rodzime spółki. Ich miejsce zajmują silniejsze firmy zagraniczne, m.in. Iberdrol,EON,Dong.

- Zagraniczni potentaci budujący elektrownie wiatrowe w całej Europie, powiązani z producentami urządzeń, stają się parmerarm naszych firm. Dzięki nim zyskujemy kapitał, technologie i kontakty biznesowe. Klimat dla inwestycji w energetykę wiatrową jest pomyślny - ocenia optymistycznie Piotr Wiśniewski, prezes Polskiej Izby Gospodarczej Energii Odnawialnej.

Gorzej zapowiada się przyszłość elektrowni wodnych. Obecnie mają one największy, 48-proc. udział w krajowym bilansie energii elektrycznej ze źródeł odnawialnych; łączna ich moc wynosi ok. 1100 MW. Na siłownie opalane biomasą przypada 46 proc, a na energetykę wiatrową 6 proc. W 2010 r. proporcje mają się odwrócić. Z wiatru uzyskamy 31 proc. energii odnawiałnej, z biomasy 53 proc, a z elektrowni wodnych tylko 16 proc. Wprawdzie energetyczny potencjał naszych rzek jest wciąż wykorzystany w niewielkim stopniu, ale większe inwestycje w tej dziedzinie (ponad 10 MW) nie będą wspierane ze środków UE. W Unii dąży się bowiem do zachowania naturalnego charakteru wielkich dolin rzecznych. Zdecydowana większość energii zwanej niegdyś białą pochodzi u nas z liczących dziesiątki lat starych elektrowni wodnych, takich jak Porąbka czy Solina. Jedyna planowana

- i stale odkładana - inwestycja na większą skalę to stopień wodny w Nieszawie na Wiśle, gdzie przewiduje się elektrownię o mocy kilkudziesięciu megawatów. Musi powstać, bo inaczej zaporze we Włocławku grozi zniszczenie.

Lepsze perspektywy są przed lubianymi przez ekologów małymi elektrowniami wodnymi. Jest ich w Polsce prawie 600, a mogłoby być dwa razy więcej, bo jeszcze pół wieku temu było ok. 6 tys. progów wodnych, z których część można by wykorzystać dziś dla potrzeb energetyki. Małe elektrownie wodne to jednak raczej sposób na życie -utrzymuje się z nich ok. tysiąca rodzin - niż atrakcyjny biznes dla inwestorów. Ich moc wynosi zwykle 40-100 kW, a turbiny liczą nieraz po 100 lat.

Nawet gdyby mała energetyka wodna uzyskała większą pomoc z zewnątrz, można by liczyć na wzrost jej mocy najwyżej o kilkadziesiąt megawatów. W najbliższym czasie planowana jest budowa tylkc trzech elektrowni średniej wielkości (po 1 - 1,5 MW) i kilkunastu małych.

- Nawet gdyby było ich więcej, w najbliższych latach przybędzie najwyżej 10 MW. To nie może wpłynąć na ogólny bilans energii ze źródeł odnawialnych - ocenia Maciej Stryjewski, dyrektor generalny PIGEO.

W naszym rolniczym kraju głównym źródłem energii odnawialnej ma być biomasa: słoma i ziarna zbóż, liście buraków, rośliny energetyczne uprawiane np. na skażonych terenach, wióry i trociny. Polskie rolnictwo wytwarza rocznie 200 - 300 mln ton biomasy, z czego do celów energetycznych można wykorzystać ok. 20 proc. Odpowiada to pod względem wartości kalorycznej 20 - 30 mln ton węgla wysokiej jakości.

Już teraz na biomasę przypada prawie połowa energii elektrycznej ze źródeł odnawialny i udział ten z roku na rok rośni Ale zdecydowana większość bi masy to w praktyce drewno op łowe spalane razem z węglem dużych i bardzo dużych elektrowniach. Takie rozwiązanie stosują m.in. elektrownie w Ostrołęce i Połańcu. Kotły w których spala się również drewno, zasilają turbiny o mocy 1700 MW.

Specjalistów i ekologów wcale to jednak nie cieszy. Wyższa cena energii odnawialnej ma być rekompensatą za wydatki na budowę elektrowni wodnych, specjalnych instalacji do spalania biomasy czy na zakup turbin wiatrowych. Tymczasem elektrownie palą drewnem w starych kotłach. Żadnych kosztów inwestycyjnych nie ponoszą, ale dzięki zielonym certyfikatom zyskują dodatkowo ok. 200 zł za 1 MWh. Dzieje się to kosztem odbiorców energii (płacą więcej), a także tych, którzy zainwestowali w prawdziwą energetykę bio-masową (kupują biomasę po wyższych cenach). Wielkie elektrownie wydrenowały rynek z surowców leśnych do tego stopnia, że zagraża to interesom przemysłu drzewnego, np. producentom płyt wiórowych.

- Współspalanie drewna i węgla stało się u nas patologią. Dopóki elektrownie będą mogły to robić, energetyka wykorzystująca biomasę nie będzie się rozwijać - podkreśla Piotr Wiśniewski.

Potwierdza to statystyka. Łączna moc specjalistycznych instalacji zaprojektowanych z myślą o spalaniu biomasy (wytwarzają zwykle energię elektryczną wraz z ciepłem) wynosi tylko 252 MW. Większych producentów można policzyć na palcach. Na razie nie widać też na naszych polach zagonów rdestu sachalińskigo czy róży bezkolcowej.

Źródło: Rzeczpospolita

Podobał się artykuł? Podziel się!