Stanisław Patrzyczny wraz z żoną Krystyną prowadzi 35-hektarowe gospodarstwo w gminnej wsi Klwów, na Mazowszu. Jedyny dochód uzyskuje za mleko od 20 krów, a także z sporadycznej sprzedaży jałówek cielnych (teraz jest ich siedem). Częściej jednak okoliczni rolnicy chcą kupić małe cieliczki niż zacieloną jałówkę, bo nie mają pieniędzy. Za cieliczkę po dobrym buhaju Stanisław Patrzyczny liczy 12-13 zł za kg, a i tak dla wielu 1000 zł to też drogo. Krowy dają średnio 7 tys. litrów mleka rocznie. Kwotę mleczną pan Stanisław ma małą – 100 tysięcy litrów. Trudno jest jednak ją dokupić. Ostatnio miejscowej rencistce zaoferował (tak jak inni okoliczni rolnicy) 30-40 groszy za litr. Jeśli się zgodzi uzyska dodatkowo 3 tysiące litrów.     
 
Prawie połowę otrzymywanych dopłat bezpośrednich rolnik oddaje właścicielom dzierżawionej od nich ziemi. Własnych ma bowiem tylko 20 ha. Ziemie tu kiepskie i cała gmina zakwalifikowana została do obszarów o niekorzystnych warunkach gospodarowania (ONW). – Na żadnym szkoleniu nie mówiono o wymaganiach, jakie muszą spełniać rolnicy, którzy na wniosku o dopłaty zakreślą kwadracik dotyczący ONW – denerwuje się Stanisław Patrzyczny. Wszyscy rolnicy postawili krzyżyk w tym kwadracie, bo myśleli że jest to jedynie informacja o tym, że ich gospodarstwo zlokalizowane jest na takim obszarze. Dopiero po złożeniu wniosku okazało się, że mają znacznie mniejszą swobodę gospodarowania. Nie wolno im przez 5 lat zmniejszyć gospodarstwa ani zalesić najgorszych nawet piachów. Muszą bezwzględnie przestrzegać wszystkich zasad Dobrej Praktyki Rolniczej, a kontrole Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa są w gospodarstwach zakwalifikowanych do ONW szczególnie drobiazgowe. 

Spełnienie większości zasad Dobrej Praktyki Rolniczej nie stanowi problemu dla Stanisława Patrzycznego. Sen z oczu spędza mu natomiast prawidłowe zagospodarowanie ścieków. W gminie są wodociągi, a nie ma oczyszczalni ścieków. Podczas kontroli inspektor z Agencji żądać może umowy na odprowadzanie ścieków, a nie ma z kim jej podpisać. Potrzebna jest też lepsza płyta obornikowa, ale na wniosek złożony w lutym o dopłaty na dostosowanie do standardów unijnych, dotychczas nie ma żadnej odpowiedzi. Nie wiadomo więc nawet, czy został prawidłowo wypełniony. – Co zrobię - irytuje się rolnik - gdy teraz otrzymam decyzję? Zimą mam rozpocząć prace budowlane?   

Stanisław Patrzyczny zainteresowany jest dokupieniem ziemi. Parę hektarów za wsią, klasy VIz, oferuje Agencja Nieruchomości Rolnych. Na pierwszym przetargu żądała za hektar tej ziemi 6 tys. zł. Chętnych nie było. Pojawiły się jeszcze dwie informacje o przetargach na tę działkę, ale za każdym razem ANR nazywała przetarg pierwszym, bo zgodnie z przyjętymi zasadami cena powinna być obniżona na drugim przetargu o 25 proc., a na trzecim – o 50 proc. ANR ceny jednak nie zmniejsza. 

Stanisław Patrzyczny na 4 hektarach prowadzi program rolno-środowiskowy. Z braku czasu nie zdecydował się na objęcie tym programem większej ilości ziemi. Na program namówili rolnika doradcy z ODR w Radomiu. To jedyna instytucja, o której mówi w samych superlatywach. Mądrzy, energiczni doradcy, doskonale przeszkoleni. To dzięki nim wielu rolników skorzystało z programu SAPARD (pan Stanisław kupił wóz paszowy), pomagają i teraz w przygotowaniu wszelkich wniosków i opracowywaniu biznesplanów.   
  
Stanisław Patrzyczny chce powiększyć oborę, zainstalować dojarkę przewodową, ale nie wie jeszcze, czy wystąpi o dotacje unijne. Z programu SAPARD nie mógł zmodernizować obory, bo nie spełniał standardów, a na obie inwestycje nie miał środków własnych. Ważniejsze jest dla niego dostosowanie do unijnych standardów sanitarnych. Przed wejściem do UE podpisał tak samo jak inni producenci mleka, że spełni te standardy do końca 2006 r. Gospodarstwo uzyskało więc certyfikat weterynaryjny na okres przejściowy. Jeśli nie zostanie on przedłużony do roku 2008, kiedy to wszyscy rolnicy utrzymujący zwierzęta będą musieli mieć płyty obornikowe i zbiorniki na gnojówkę, to będzie źle – uważa Stanisław Patrzyczny. 

Źródło "Farmer" 22/2005