- Spodziewaliśmy się takiej decyzji, szczególnie w kontekście oświadczenia prezydenta, który potwierdził, że przebieg debaty publicznej nie spełniał standardów i pominięte były procedury konsultacji społecznych. Prezydent tego jednak nie wyeksponował. Głównym powodem, który podał, była chęć dostosowania prawa polskiego do unijnych przepisów.

Według prezydenta ta ustawa narusza to prawo. Jest to dla mnie niezrozumiałe, ponieważ brałem udział w analizie prawnej tych dokumentów i wersja, która wyszła z parlamentu spełniała wymogi UE. W ustawie tej nie ma zakazu upraw transgenicznych.

W trakcie debaty, wielokrotnie mówiliśmy (ekolodzy - red.), że prawo europejskie w odniesieniu do GMO jest prawem wadliwym i spodziewaliśmy się, że na bazie naszych interwencji dotyczących konkretnych zapisów tej ustawy, będziemy mogli podjąć akcję w kierunku naprawy ustawodawstwa unijnego. Jest dobra do tego atmosfera, ponieważ Polska sprawuje prezydencję. Wypadałoby w końcu zrobić porządek z prawem o GMO, które de facto nakazuje krajom członkowskim uprawę roślin transgenicznych.

Weto prezydenckie może być odrzucone przez Sejm, wątpię jednak, by głosowanie nad nim odbyło się przed wyborami. Ustawa nie pasuje wielu politykom, bo jest w niej dużo kontrowersji i nie będą chcieli na etapie debaty przedwyborczej zajmować się jeszcze tą ustawą.

Ponieważ obecnie obowiązuje ustawa, która zakazuje w naszym kraju upraw GMO, będziemy się starali (ekolodzy - red.), by odpowiednie służby podległe ministerstwu rolnictwa, postępowały zgodnie z przepisami zabraniającymi upraw GMO. I jeżeli zostanie ewentualnie stwierdzone istnienie takich upraw, były one traktowane jako nielegalne, a użytkownicy pociągnięci do odpowiedzialności - mówił Połanecki.