Protest przed urzędem odbywa się od czwartku, jego organizatorzy mają zgodę na prowadzenie akcji do 4 września. Rolnicy wciąż domagają się spotkania z ministrem rolnictwa i ministrem środowiska. Na razie, jak mówią, z obu resortów nie mają odpowiedzi.

W sobotę i niedzielę na parkingach przy ul. Mickiewicza przed Podlaskim Urzędzie Wojewódzkim stały ciągniki, a na miejscu protestu dyżurowało kilkunastu rolników. W poniedziałek sytuacja zmieniła się. Jak podała policja, przed urzędem znalazło się 8 kombajnów i 60 ciągników rolniczych, a samych protestujących jest ok. 70.

W związku z tym, że maszyny nie zmieściły się na parkingach i zajmują jeden pas ruchu, policja zorganizowała ruch drugim pasem, w jednym kierunku - do centrum miasta.

Kierowcy jadący od strony centrum np. w kierunku galerii handlowej przy ul. Miłosza czy Sądu Rejonowego przy ul. Mickiewicza powinni kierować się ulicami równoległymi, np. ul. Branickiego. Na razie nie wiadomo, jak długo potrwają utrudnienia.

Protestujący chcą wyższych odszkodowań za niszczone przez dziki uprawy. Domagają się, by wypłacał je Skarb Państwa, a nie koła łowieckie. Chcą też niezależnych komisji szacujących szkody. Ich protest popiera Podlaska Izba Rolnicza.

Odszkodowania za szkody wyrządzone przez dziki wypłacają koła łowieckie; rolnicy twierdzą, że kwoty są za niskie. Oceniają też, że populacja dzików w regionie nadmiernie się rozwinęła, bo nie można było na nie polować do lipca, w związku z obostrzeniami po wykryciu u dzików w Podlaskiem wirusa afrykańskiego pomoru świń (ASF).

Podobał się artykuł? Podziel się!