O panu Ryszardzie usłyszała cała Polska, kiedy w spektakularny sposób ustanowił nowy rekord Guinnessa. Codziennie, przez 366 dni w roku, pokonywał dystans maratonu. Poniższa historia jest dowodem na to, że siła woli może zdziałać cuda i przy okazji z osoby, która wcale nie dążyła do rozgłosu, zrobić celebrytę.

"Farmer": Miło, że znalazł Pan dla nas czas. W końcu jest Pan, mówiąc dosłownie, zaganiany.

Ryszard Kałaczyński: Tak, to prawda. Właśnie wróciłem z sześciodniówki, uczestniczyłem w mistrzostwach świata na Węgrzech. Przebiegłem tam w sumie 578 kilometrów. Zająłem 3. miejsce w swojej kategorii wiekowej, a w klasyfikacji ogólnej byłem 32. Lepsi ode mnie byli tylko Francuz i Duńczyk.

"Farmer": Zastanawiam się, jak udaje się Panu łączyć sport z pracą na roli.

R.K.: Przyznam szczerze, że prowadzę hodowlę świń, ale już zanikającą. Problem w polskim rolnictwie jest taki, że wymagania w stosunku do rolników są ogromne, a opłacalność jest niewielka. Ostatnie lata szczególnie w trzodziarstwie to właśnie taka huśtawka cenowa. Prócz hodowli mam też niewielką produkcję roślinną. Mimo moich startów zdążyłem już posiać jęczmień, a nawet złożyć wniosek o płatności bezpośrednie. Jak już wspomniałem, uprawiam głównie jęczmień, bo tutaj na północnej stronie kujawsko-pomorskiego, jak to się mówi, są głównie "pioski i karoski".

"Farmer": Skąd wzięła się u Pana pasja biegania?

R.K.: Przez pewien czas, w latach 90., pracowałem za granicą. Tam każdy po pracy biegał, a u nas w Polsce jeszcze nie było na to mody. W sumie spodobało mi się to, ale powinienem raczej zacząć od tego, że miałem problemy z alkoholem. Starałem się czymś zająć, by nie myśleć i nie mieć czasu na picie. Tak się zaczęło, ale przeszedłem z tym piciem i bieganiem sporo w życiu. Bo jak już później jeździłem na biegi, to tłumaczyłem sobie, że nagrodą za pokonanie trasy jest napicie się. Alkohol bardzo długo mi towarzyszył. Teraz sobie z nim radzę.

"Farmer": Całkiem nieźle. Stał się pan przykładem dla wielu osób, które walczą z nałogiem, a w księgarniach właśnie pojawiła się pańska książka.

R.K.: Propozycja napisania o sobie książki przyszła nagle i całkiem niespodziewanie. Samo przygotowanie nie było wcale długie, trwało od czerwca do grudnia. Akurat wczoraj miałem spotkanie autorskie w Sępólnie Krajeńskim. Czytelnicy przyszli, a po spotkaniu podpisywałem książki. Przyznam szczerze, że nie jestem przyzwyczajony do rozdawania autografów.