PRZEGLĄD PRASY:  To walka o przetrwanie - pisze Krystyna Naszkowska. Jak twierdzi senator Jerzy Chróścikowski (PiS), "duży może więcej i lepiej", co dla polskich rolników oznacza szansę na wygranie z unijną konkurencją. Im większa firma, tym taniej może produkować.
W starej unijnej Piętnastce proces łączenia się rolników w grupy trwa od 30 lat. Grupy mają tam 9 mln członków, więcej niż w ogóle w tym kraju jest rolników. To dlatego, że niektórzy należą do kilku grup, np. producent zboża może jednocześnie być w spółce handlującej nasionami, sprzedającej ziarno i tej, która zajmuje się jego przerobem. Dzięki temu rolnicy unijni zgarniają marżę pośredników, co zwiększa ich dochody. Mogą więc sprzedać taniej zboże, bo zarabiają na jego przetwórstwie.

Dla Komisji Europejskiej, która popiera tworzenie grup, to czysty zysk. Liczy, że dzięki temu zmniejszy dotacje z budżetu dla rolników. W sumie w tej chwili w krajach Unii grupy producentów dostarczają rolnikom ponad połowę środków do produkcji, a sprzedają ponad 60 proc. wytworzonych przez nich produktów. W czołówce najlepiej zorganizowanych krajów jest Holandia i Belgia, które sprzedają ponad 70 proc. produktów. Najgorzej jest w Portugalii - tylko 4 proc., i w Polsce - 2 proc.

Według najnowszych danych mamy tylko 202 grupy producenckie. Rolnicy zachowują własny styl gospodarowania, ale wspólnie sprzedają swoje produkty. Najwięcej grup powstało w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku, najmniej w Kieleckiem. Najchętniej w grupy łączą się producenci tytoniu, trzody chlewnej, zbóż i roślin oleistych.

Jak twierdzą eksperci, nasi rolnicy wynieśli z PRL-u wielką nieufność do wspólnego gospodarowania i ciągle nie mogą się z tym uporać. A przecież, jak tłumaczy wiceminister rolnictwa Henryk Kowalczyk, chodzi tylko o wspólną sprzedaż towaru. To także szansa dla małych producentów, którzy kupując grupowo np. środki do produkcji, uzyskują upusty, jakich sami nigdy by nie dostali. Skorzystają też z dodatkowej pomocy finansowej - przez najbliższe siedem lat Polska ma prawo do przelania na konta naszych grup producenckich 140 mln euro, z czego 105 będzie pochodziło z budżetu unijnego. Tymi pieniędzmi zostanie zasilona każda grupa producencka w ciągu pierwszych pięciu lat od zarejestrowania w urzędzie marszałkowskim. Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa rozpoczęła już przyjmowanie wniosków na dofinansowanie grup w latach 2007-13. Wielkość pomocy zależy od wielkości sprzedaży. W pierwszych dwóch latach wynosi ona 5 proc., w trzecim - 4 proc., w czwartym - 3 proc. i w piątym - 2 proc. wartości produkcji sprzedanej, pod warunkiem że obrót grupy nie przekracza miliona euro rocznie. Jeśli przekracza, stawki spadają o połowę. Dofinansowanie dla producentów owoców i warzyw wynosi dwa razy więcej niż dla innych grup producenckich.

Całkowita dotacja jednak nie może być większa niż po 100 tys. euro w ciągu pierwszych dwóch lat i 80, 60 i 50 tys. euro w następnych latach.

Mimo tych zachęt polscy rolnicy nie palą się do zakładania grup. Jak tłumaczy nam jeden z producentów z Mazowieckiego, wszystko wynika z chytrości. - Pierwsze pieniądze dostaniemy mniej więcej po półtora roku od zawiązania grupy, a wiadomo, że na początku obroty są zawsze małe. Więc ludzie często zakładają nieformalne grupy, rozkręcają interes i dopiero po trzech-czterech latach będą się rejestrować - mówi. Być może dlatego Henryk Kowalczyk jest przekonany, że w najbliższym czasie w Polsce zacznie się lawinowa rejestracja grup.

Tymczasem w starej Unii grup ubywa, bowiem jedne łączą się z drugimi. Powstają też grupy międzynarodowe. Wszystko po to, by produkować coraz taniej. To oznacza, że polskim producentom nawet w grupach wcale nie będzie łatwiej - pędzą do przodu, ale konkurencja pędzi jeszcze szybciej.

Źródło: Gazeta Wyborcza