I nie tylko winnego trudno znaleźć w Świniarach, nie ma nawet właścicieli niedrożnych, nieoczyszczanych przez lata rowów.

Gmina Łoniów leży w powiecie sandomierskim, tuż przy granicy woj. świętokrzyskiego i podkarpackiego. Blisko stąd do Wisły - ok. 1,5 km. Ale to nie ona jest głównym powodem kłopotów. Tym razem zawinił deszcz. W końcu maja popadało solidnie. Położona na zboczu miejscowość Świniary została zalana - woda nie wsiąkała w ilaste, nieprzepuszczalne podłoże. Z wyżej położonych terenów wodę pompowano, aby szybciej spływała - problem w tym jednak, że nieoczyszczone rowy nie przepuszczały jej niżej, a i docelowego miejsca odpływu nie było. Wylały szamba. Sytuacja taka trwała kilka dni, aż udało się przekopać odpływ do jeziorka utworzonego na terenie byłej kopalni piasku. I dopiero wtedy wszystko spłynęło, docelowo - do Wisły. Ale pozostało zagrożenie. Bo problem w tym, że tereny te to obszary pokopalniane: człowiek zaznaczył tu swoją ingerencję w przyrodę, wydobywając siarkę w niedalekim Piasecznie i piasek w Świniarach.

WÓJT KOPACZ

- Gdzie indziej ludziom woda jeszcze stoi, i do domów są przesiąki, nie jest tak, że w Świniarach jest najgorzej - mówi Szymon Kołacz, wójt gminy Łoniów. - Ciągle przepompowujemy wodę. Zaniedbania przez 30 lat - i co można zrobić. Ale tak naprawdę to ludzie wiedzą: jak kopalnia tam funkcjonowała, to ludzie wykorzystywali ziemię ze skrywek i zasypywali rowy, wyrównywali sobie, sadzili sady. A teraz?...

Intensywne odwadnianie wyrobiska na długi czas zapewniło mieszkańcom spokój, a nawet kłopoty natury przeciwnej: wody brakowało.

- Ale ci z kopalni wtedy mówili, że woda wróci - wspomina Helena Bisztyga, której część ojcowizny przejęła kopalnia. - Prosili, żeby nie zasypywać melioracji, bo będzie kłopot, jak kopalnia przestanie działać.

I kłopot jest. W tym roku szczególny.

- Jak ja tu jestem na terenie gminy Łoniów, to takich opadów nie pamiętam. Bardziej Wisła dokuczała, te opady teraz to było więcej niż oberwanie chmury - narzeka wójt. I zaraz dodaje, że zrobił, co mógł, a nawet więcej: - Przecież tam tyle pomp pracowało, że nie wiem, jaki rów by sobie z tym poradził. Interwencyjnie podczas opadów było kopane w prywatnym gruncie. Jest to tragedia, my sobie zdajemy sprawę, ale nie jest tak, że za wszystko jest winna gmina. Była u nas pani wojewoda, myśmy zaprosili, żeby to zobaczyła. I nazwała mnie wójt kopacz - tyle rowów wykopałem przez te cztery czy pięć dni, żeby ratować.