Jak wyglądało przejście z gospodarki sterowanej do wolnorynkowej?

A.T.: Urynkowienie gospodarki żywnościowej zaczęło się w 1989 roku, zniknęły wtedy kartki na wiele produktów rolnych reglamentujące żywność. Wtedy były absurdalne relacje cenowe: ceny skupu niektórych surowców było wielokrotnie wyższe od cen detalicznych, np. dotyczyło to mleka. Budżet przeznaczał ogromne dotacje na pokrycie różnicy w tych cenach, dotowany były całe branże m.in. przemysł mleczarski i mięsny. Ówczesne władze robiły to dlatego, gdyż obawiały się, że podniesienie cen żywności wywoła niepokoje społeczne. Doszło do absurdalnej sytuacji, że 1/3 budżetu przeznaczana była na dotacje do gospodarki żywnościowej.

Po 1990 r. mieliśmy do czynienie już z wolnym rynkiem.

A.T.: Rolnicy najpierw "zachłysnęli się" nową sytuacją rynkową. Wówczas dochody rolników były wysokie, wyższe niż ludności miejskiej, bo wysokie były ceny skupu. Dotacje były stopniowo wycofywane, następował wzrost cen detalicznych. Po kilku miesiącach rynek żywnościowy się zrównoważył.

Kto przeprowadzał zmiany w PRL-u?

A.T.: Konieczność zmian zrozumieli premier Mieczysław Rakowski oraz ówczesny minister finansów Andrzej Wróblewski - to oni zapoczątkowali przemiany gospodarcze, choć byli z ekipy, która traciła władzę. W 1988 r., został uchwalona ustawa o działalności gospodarczej tzw. ustawa Wilczka, która kładła podstawy pod przywrócenie w Polsce wolnego rynku.

A póżniej?

A.T.: Reformy wprowadzali także kolejni premierzy. Terapię szokową przeżyła gospodarka, gdy wicepremierem był Leszek Balcerowicz. Ale chcę zwrócić uwagę, że wbrew potocznym opiniom, nastawienie szefów rządów do rolnictwa było pozytywne, byli oni skłonni do akceptowania różnych rozwiązań, ale byli przeciwni demagogicznym żądaniom. Np. Balcerowicz był bardzo otwarty na wszelkie koncepcje, które nie były sprzeczne z gospodarką rynkową.

Regulacje były konieczne, bo w rolnictwie trzeba się liczyć z wahaniami cen żywności spowodowanymi nie tylko relacjami podaży i popytu, ale również i uwarunkowaniami przyrodniczymi. Dlatego trzeba było powołać instytucję, która mogłaby stabilizować ceny żywności. W 1990 za zgodą byłego wicepremiera Leszka Balcerowicza utworzona została Agencja Rynku Rolnego. Później Agencji dodano jeszcze obowiązek dbania o dochody rolników. ARR musiała więc nie tylko czuwać nad wahaniami cen, ale również "kreować" rynek. Taki obowiązek jednak trochę zakłócał relacje rynkowe, bo czasem ceny skupu były "podciągane", by zadowolić rolników.