Jaki jest bilans 25 lat wolnej Polski dla wsi? Wydaje się, że nienajgorszy.

Jerzy Wilkin: Nienajgorszy, szczególnie w ostatnich latach. Zwłaszcza do roku 2004, czyli do akcesji do UE, wsi i rolnictwu było bardzo trudno. Trzeba oddzielać te dwa okresy - przed i po wejściu do Unii. W pierwszych miesiącach transformacji nie mieliśmy żadnej polityki rolnej ani wsparcia dla rolnictwa. Pojawiła się próżnia systemowa i regulacyjna. W 1990 roku myśmy całkowicie otworzyli granice. Polska była wówczas najbardziej otwartym krajem Europy, co oczywiście miało też swoje dobre strony. Jednak wszystko to razem złożyło się na bardzo trudną sytuację, w jakiej znalazły się wieś i rolnictwo. Dopiero po powołaniu agencji, w tym Agencji Własności Rolnej Skarbu Państwa, zaczęto nieco porządkować sytuację. Zaczęło być mniej więcej wiadomo, kto za co odpowiada.

Na ile uzasadniona - ekonomicznie i społecznie - była ówczesna likwidacja PGR-ów?

J.W.: Obserwowałem ten proces bardzo uważnie. Nawet na początku lat 90. miałem projekt badawczy "Ginący świat Państwowych Gospodarstw Rolnych". PGR-y nie były bowiem tylko przedsiębiorstwami rolnymi, to był cały świat ludzi tam żyjących: osiedla, zaplecze socjalne, etc. W PGR-ach pracowało w szczytowym momencie prawie 500 tys. ludzi. Razem z rodzinami było to więc przynajmniej 1,5 mln do 2 mln ludzi. Drastyczna zmiana sytuacji PGR-ów rzutowała więc na bardzo dużą część społeczeństwa. PGR-y w większości nie miały szans na przetrwanie w konkurencyjnej gospodarce rynkowej. Ale część z nich miała. Mocne, dobrze zarządzane gospodarstwo państwowe może być rozwojowe, konkurencyjne, nieźle dbać o pracowników.

Jakie szczególnie błędy popełniono?

J.W.: Dramatem PGR-ów było kilkanaście miesięcy luki regulacyjnej. Nie wiadomo było, na czym to wszystko ma się oprzeć, zostawiono je samym sobie - łącznie z tym, że patrzono przez palce, jak te PGR-y były rozkradane, zaniedbywane. Jednocześnie panowała zła atmosfera wokół PGR-ów, np. Leszek Balcerowicz zawsze wyrażał się o nich w sposób wręcz lekceważący, uważał je za kwintesencję wszelkich patologii gospodarki socjalistycznej. Ludzie ci wiedzieli więc, że nikt ich nie będzie ani bronił, ani wspierał.

Można było inaczej rozwiązać problem PGR-ów?

J.W.: Proces dostosowywania ich do warunków gospodarki rynkowej trzeba było rozłożyć na lata. Dać szansę tym, które mogły się utrzymać i pomóc godnie rozwiązać się tym słabym. Konsekwencje złych decyzji wobec PGR-ów ponosimy bowiem do dziś - najlepszy dowód, że najwyższe wskaźniki bezrobocia ciągle mamy w rejonach byłych PGR-ów. Ta sprawa nie została więc rozwiązana tak jak należało i kładzie się cieniem do dziś.