Czas oczekiwania na święta - oprócz obowiązkowego uczestnictwa na mszach wotywnych zwanych roratami - upływał m.in. na polowaniach na lisy, zające, dziki, kuropatwy oraz bażanty. Łowy urządzano także 24 grudnia. Adam Konopka, właściciel majątku Modlnica pisał: "W to najmilsze święto (Wigilię) godzi się, a nawet należy polować. Kto bowiem w dniu tym choć kilka chwil spędzi pod znakiem św. Huberta, ten może spodziewać się dobrego łowieckiego roku".

Grudzień był także czasem zakupów i porządków w domach. Ziemianie wyjeżdżali się do miast na targi, gdzie nie szczędzili pieniędzy na smakołyki - ich spożywanie kojarzyło się domownikom właśnie z rodzinnymi, radosnymi świętami. "Kupowano wówczas m.in. słodycze, owoce i bakalie, a więc cukierki, daktyle, figi, pomarańcze, mandarynki" - wylicza Tomasz Adam Pruszak, autor książki "O ziemiańskim świętowaniu. Tradycje świąt Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy".

Kupione na targowisku owoce i słodycze nie trafiały wyłącznie do kuchni, ale także własnoręcznie wyrabiano z nich świąteczne ozdoby. Wieszano je na choinkach - drzewkach iglastych (jodła, sosna lub świerk), które pan domu przynosił z lasu bądź kupował zazwyczaj na kilka dni przez Wigilią (choć bywały częste przypadki ubierania drzewka dopiero 24 grudnia).

Zwyczaj dekorowania świątecznych drzewek ziemianie zaczerpnęli od mieszczan. Łukasz Gołębiowski w rozprawie "Lud Polski. Jego zwyczaje i zabobony" z 1830 r. pisał: "Przejęty od Prusaków jest zwyczaj w Warszawie, upominkiem dla dzieci na wilią (na Wigilię): sosenka z orzechami włoskimi złocistemi, cukierkami, jabłuszkami i mnóstwem świeczek, lub kawałków stoczka różnokolorowego".

Choinki przystrajano także srebrzystymi łańcuchami (tzw. anielskimi włosami) oraz szklanymi bombkami. Te ostatnie uchodziły za luksus, choć często zastępowano je typowo polskimi ozdobami: piernikami, jabłkami i orzechami. Stosowano je m.in. zamiast bombek w 1918 r., kiedy wzywano do bojkotu niemieckich wyrobów. Równocześnie trwały przygotowania kulinarne - zwykle na kilka dni przed Wigilią.

Wacław Auleytner tak oto wspominał święta w majątku rodzinnym w Studziankach: "Mama z gospodynią, kucharką i pomagającymi dziewczynami stale siedziała w kuchni, przygotowując jedzenie i przysmaki świąteczne". Jak zapamiętał, w dniach poprzedzających Wigilię cały dwór pachniał "korzeniami, piernikiem i wanilią".