PRZEGLĄD PRASY: Bunt wsparła grupa doradców - inteligencja, dysydenci, naukowcy i reformatorzy z Komunistycznej Partii Chin. Korespondent Financial Times" spotka! się z nimi potajemnie w Pekinie. Powiedzieli mu, że przez dwa lata jeździli w teren, wysłuchiwali skarg oszukanych wsi, zebrali tysiące podpisów, dawali porady prawne - pisze Maria Kruczkowska.

Organizatorzy akcji, około 10 osób, prosili korespondenta "FT" o zachowanie tajemnicy i nie podali nazwisk. Ich zdaniem tylko uwłaszczenie chłopów pozwoli załatwić Chinom największy problem, jakim jest zacofanie 750 milionów ludzi mieszkających na wsi.

(...)Ojcu reform chińskich sprzed 30 lat Deng Xiaopingowi precedens w Anhui byl na rękę. Partia przymknęła oczy, inne wsie poszły ślademtejpierwszej. Chłopi mogli sprzedawać nadwyżki żywności, co wkilka miesięcy przyniosło efekt, których nie dały lata gospodarki planowej. Chiny przestały głodować i z czasem zaczęły eksportować żywność.

Dzisiaj wjeżdżających do historycznej wsi wita hasło Xiaogang, pierwsza wioska reform w Chinach". Chłopom jednak ziemi nie zwrócono, dostali tylko prawo jej użytkowania przez 30 lat. Teraz chcą pójść o krok dalej.

Na prowincji Heilongjiang się nie skończyło. Beja mówi nam, że prawie w tym samym czasie w innych miejscach kraju grupy chłopów oznajmiły, iż biorą z powrotem w posiadanie ziemię, którą kiedyś uprawiali. Podkreślają, że będą walczyć do śmierci zwywłaszczeniami i że urzędnicy zamienili ich w niewolników.

W Chinach ziemia jest własnością kolektywną". Termin jest niejasny, w praktyce kolektyw" to miejscowe władze. W ich interesie leży ściąganie inwestorów i zapewnianie krajowi wysokiego wzrostu gospodarczego, a sobie samym awansu.

Lokalne władze prowincji Heilongjiang, Syczuanu, Shaanxi, Jiangsu i mia-sta-prowincji Tianjin do spółki z inwestorami dokonały ich przeklasyfikowania pod budowę fabryk i osiedli. Wcześniej odebrałyje chłopom, płacąc im niewielkie odszkodowanie.

(...) Pod Pekinem chłopi sprzedają ziemię np. pod budowę osiedli. Mimo ryzyka chętnych nie brakuje ze względu na cenę, bo w samej stolicy mieszkania są horrendalnie drogie.

Bunt chłopów postawił na nogi służbę bezpieczeństwa. Rewolta to bowiem ostatnia rzecz, jakiej trzeba władzom. Zapewne organizatorzy buntu liczą na to, że powtórzy się sytuacja z Xiaogang i z 1978 r. Mając prawo własności, wieś rozpoczęłaby marsz ku kapitalizmowi. Niektórzy sprzedaliby gospodarstwa, inni byje powiększyli, jeszcze inni zaciągnęliby kredyty pod zastaw ziemi.

Jednak władze chińskie zapowiadają, że nie pójdą na takie ryzyko. I wskazują na Indie czy Brazylię i ich rozrastające się slumsy. - To cud, że Chiny mające 200-milionową armię chłopów jeżdżących na zarobek do miast nie mają slumsów. Dzieje się tak, bo chłopi mają dokąd wracać, a np. w Indiach jedna trzecia miliardowej ludności to bezrolni - podkreśla czołowy chiński ekspert rolny Wen Tiejun. Jego wątpliwości podziela Beja.

Chłopi jednak nie rezygnują, być może będą protestować w trakcie igrzysk. Pekiński prawnik ChenYongmiao powiedział "The Economist", że kolejne wioski już szykują się, by iść w ślady buntowników z Jiamusi.

Źródło: Gazeta Wyborcza