W stosunkach handlowych Polski z Rosją przełom miał nastąpić w ubiegłą niedzielę na Cyprze, podczas spotkania komisarza Unii Europejskiej do spraw zdrowia i ochrony konsumenta Markosa Kyprianou z Siergiejem Ławrowem szefem rosyjskiej dyplomacji.

Niestety, zamiast oczekiwanego przez Polskę i UE sukcesu doszło do całkowitego zerwania rozmów i usztywnienia stanowiska Rosji. Podobno rozmowy mają być kontynuowane, a kolejne nadzieje na otwarcie granic wiązane są ze spotkaniem przedstawicieli Wspólnoty z Ławrowem w Luksemburgu.

Będzie tam przygotowywany szczyt UE – Rosja, zaplanowany na 23 maja w Samarze. Szczyt, który może całkowicie storpedować Polska, jeżeli Rosja do tego czasu nie otworzy granic dla naszego mięsa. Mamy więc do czynienia z patem w wielkiej polityce. Tymczasem polscy rolnicy i przetwórcy powoli przyzwyczajają się do zamkniętej wschodniej granicy.

W sposób naturalny rodzi się więc kilka pytań. Po pierwsze - czy rynek rosyjski jest nam jeszcze potrzebny. Przecież blokada trwa blisko dwa lata, a jakoś nie słychać o bankructwach przedsiębiorstw, które dla tego rynku pracowały. Nieoficjalnie wiadomo, że do gry włączyli się pośrednicy i handel z Rosją kwitnie. Rolnicy narzekają wprawdzie na niskie ceny surowca, jednak - na pewno - nie ma na nie wpływu zamknięcie granicy wschodniej.

Tymczasem drobnym producentom przetwórcom i handlowcom więcej szkody przyniosło zamknięcie granicy nie z Rosją ale z Ukrainą. Czy więc nie machnąć ręką na Rosję i zacząć szukać nowych rynków zbytu? I wreszcie pytanie szersze - co z wielką polityką, jak rozmawiać z Rosją, by jednak formalnie otworzyła swoje granice dla naszych produktów.

Źródło: Agrobiznes