Większość ukraińskich producentów mleka (65–80 proc.) prowadzi niewielkie gospodarstwa, których produkcja nie odpowiada normom unijnym. Wymagają one, aby mleko nie miało kontaktu z człowiekiem w całym procesie produkcji: poczynając od dojenia aż do bram mleczarni. Na Ukrainie wypełnienie tego wymagania przez gospodarstwa indywidualne jest praktycznie niemożliwe, dlatego że rolnicy doją krowy ręcznie. Ponadto mleko powinno być schłodzone do odpowiedniej temperatury, co wymaga stosowania specjalnych chłodziarek.

Na wsi niespokojnie
– Sytuacja na wsi jest bardzo niespokojna – podkreśla Iwan Tomicz, prezes Stowarzyszenia Rolników i Prywatnych Właścicieli Ziemskich Ukrainy. I dodaje, że duże obawy są zwłaszcza w tych gospodarstwach, w których większość z niewielkich dochodów pochodzi wyłącznie ze sprzedaży mleka. Utrata tego źródła dochodu odczuwalnie pogorszy sytuację finansową wielu rodzin. A wymagania norm WTO wobec jakości mleka nie podlegają negocjacjom i nie można ich obejść. Dotyczy to zwłaszcza przedsiębiorstw, które chcą konkurować na rynku światowym.

– Trzeba reformować sektor prywatny – mówi Aleksiej Garkusza, kierownik administracji obwodu nikołajewskiego. Władze obwodów będą pomagać w tworzeniu takich farm, w których będzie od 10 do 40 krów. To standardowa liczba krów dla wielu gospodarstw na Zachodzie. I jeżeli taka farma okaże się biznesem, jeżeli będzie przynosić zyski, to rolnicy potraktują takie gospodarstwo w należyty sposób: zadbają zarówno o paszę, jak o hodowlę. Władze postawiły sobie za cel, aby w ciągu 3–4 lat w każdym wiejskim osiedlu powstała przynajmniej jedna taka farma.

Nieudany eksperyment
Pierwszym, który zrozumiał konieczność reorganizacji chowu zwierząt oraz produkcji mięsa i mleka w sektorze prywatnym, był Aleksandr Sirienko, dyrektor mleczarni jagotinskiej w obwodzie kijowskim. Spróbował stworzyć po raz pierwszy na Ukrainie nowy model współpracy z rolnikami. Jagotinska mleczarnia zaczęła tworzyć własne źródła surowca. We wsi Kraszennoje, która znajduje się kilka kilometrów od miasta Jagotin, mleczarnia utworzyła rodzinną farmę, finansując ją z zaciągniętego kredytu bankowego. Specjalnie dla tej farmy kupiono 50 jałówek o wydajności 7000–8000 l mleka. Oddano je pewnej rodzinie chłopskiej, która bardzo chciała poprowadzić taką farmę. Specjalnie dla tego gospodarstwa zbudowano punkt odbioru mleka z chłodziarkami, gospodarzy zaopatrzono w paszę, a zwierzętom zapewniono pomoc weterynaryjną. Zawarto umowę o współpracy.
Wszystko to zostało wykonane zgodnie ze standardami europejskimi. Rodzina ta na początku aktywnie zabrała się do pracy i to zmobilizowało mleczarnię do działań, aby rozszerzyć projekt. W tej samej wsi dla innej rodziny wydzielono odpowiednią kwotę pieniędzy na zakup siedmiu krów. – Niestety, eksperyment nie powiódł się – martwi się Aleksander Sirienko. – Przykro o tym mówić, ale ani pierwsza, ani druga rodzina nie były przygotowane do takiej współpracy. Nie będę wyjaśniać wszystkich szczegółów, ale wyciągnąłem z tego taki wniosek, że brak odpowiedzialności jeszcze długo będzie przeszkadzać rolnikom w uświadomieniu sobie, że są właścicielami i gospodarzami, a nie pracownikami najemnymi. To powinno być tradycją rodzinną, tak jak w innych krajach. W obu przypadkach rolnicy wykazali się nie tylko brakiem odpowiedzialności, ale również zwykłą niedbałością w stosunku do krów, które dostali za darmo w celu realizacji dostaw dla mleczarni. I to są główne przyczyny niepowodzenia naszego projektu. Rolnicy opiekowali się bydłem przez rok, dwa lata, a kiedy zrozumieli, że to jest niełatwa codzienna praca, zrezygnowali, narażając cały projekt na niepowodzenie. W każdym razie wybraliśmy niewłaściwych ludzi do udziału w naszym projekcie – podsumowuje A. Sirienko.

Gdyby ten projekt powiódł się i przynajmniej trzy lub cztery mleczarnie zaczęły działać na takich zasadach, to może dzisiaj na Ukrainie byłyby tysiące takich rodzinnych farm. Zamiast tego wciąż słyszy się ze wszystkich trybun narzekania, że rolnik ukraiński nie jest przygotowany do pracy w warunkach światowej konkurencji. A przyczyna była w tym, że nikt go do tego nie przygotowywał. Kilka lat po oficjalnej prezentacji projektu nikt z Ministerstwa Rolnictwa nie zadał sobie pytania: Co dalej dzieje się z projektem? Odpowiedzialni za daną sprawę urzędnicy nie zainteresowali się tym, czy eksperyment jagotinski został powtórzony w innych regionach Ukrainy. Nikt nie badał w terenie, ile chłopskich minifarm utworzono po tym, jak zorganizowano liczne seminaria i prezentacje, propagujące nową metodę gospodarowania.

Z pewnością chaotyczny, niezorganizowany i nieprzejrzysty rynek stwarza urzędnikom i dużym przedsiębiorcom większe pole do działania. W takich warunkach łatwiej ukryć rozmaite machinacje i oszukiwać rolników, którzy nie orientują się w zawiłych przepisach prawnych. Dlatego po ukraińskich wsiach nadal krążą tysiące samochodów-cystern na mleko w poszukiwaniu jak najtańszego surowca. Dziennie przejeżdżają nawet setki kilometrów. Wspomniana wyżej jagotinska mleczarnia ma swoje punkty odbioru mleka w aż pięciu obwodach. W innych mleczarniach nie jest lepiej.

Holenderska porażka
W połowie lat 90. rząd Holandii udzielił pomocy Ukrainie w utworzeniu w obwodzie lwowskim eksperymentalnej farmy mlecznej na 50 krów z halą do produkcji sera. To była bezpłatna pomoc. Zagraniczni inwestorzy mieli nadzieję, że jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z opracowanym planem, to stado na tej farmie można będzie zwiększyć do 150 krów, a potem wybudować podobne obiekty w innych regionach Ukrainy.

Lokalna administracja wydzieliła dla tej farmy 50 hektarów ziemi i zaczęto pracę. Szybko zbudowano pomieszczenia farmy, halę do produkcji serów, przywieziono z Holandii wysokowydajne krowy mleczne. Wybrano w drodze konkursu gospodarza. Został nim nauczyciel, który nie miał doświadczenia w prowadzeniu gospodarstwa rolnego, ale który wyraził chęć uczestniczenia we wspólnym projekcie holendersko-ukraińskim. Doniosłość wydarzenia nagłośniono w mediach. Na uroczyste otwarcie farmy przybyli przedstawiciele najwyższych władz ukraińskich i holenderskich.

O wydarzeniu było głośno. Była to pierwsza na Ukrainie nowoczesna farma mleczna zbudowana na wzór europejski! W każdym razie tak ówczesny rząd Ukrainy widział przyszłość ukraińskiej branży mlecznej.

Dzisiaj po tej farmie nie pozostał nawet ślad. Główna przyczyna leży znowu w tym, że złym okazał się sam gospodarz. Niewątpliwym faktem jest, że nie miał on odpowiedniego doświadczenia ani wykształcenia rolniczego. Najważniejsze było to, że nie miał on chęci, aby wziąć na swoje barki ciężar rozwiązywania problemów związanych z prowadzeniem gospodarstwa. Miał bowiem nadzieję, że zamiast niego będą myśleć i pracować zagraniczni specjaliści. Oni jednak po pewnym czasie powrócili do Holandii.
Ani w tym okręgu lokalnym, ani w całym obwodzie lwowskim nie znalazł się prawdziwy gospodarz, który poprowadziłby farmę, w której budowę zainwestowano ponad milion dolarów. Co prawda włożono nie własne, ale cudze pieniądze, otrzymane od sponsorów. Tych pieniędzy nie szkoda, zgodnie ze starym przysłowiem „lekko przyszło, lekko poszło”.

Brak prawdziwych gospodarzy

Największym problemem ukraińskiego rolnictwa jest brak prawdziwych rolników-gospodarzy. Zaginęły tradycje gospodarowania, w ludzkiej świadomości zakorzeniła się głęboko mentalność pracownika najemnego. Z taką mentalnością nie można stać się prawdziwym rolnikiem. Główną cechą świadomości pracownika najemnego jest brak odpowiedzialności za rezultaty swojej pracy. Taki człowiek uważa, że całą odpowiedzialność ponosi nie on, ale ktoś inny. Gdy nie ma nad nim kontroli z zewnątrz, to on nie wykona wymaganej pracy, ponieważ nie odczuwa wewnętrznej odpowiedzialności za rezultat swoich działań. Natomiast prawdziwy farmer to człowiek, który bierze na siebie całą odpowiedzialność za swoje gospodarstwo. Bez tego poczucia odpowiedzialności chłop nie może być gospodarzem, a gdy brak gospodarza – nie będzie produkcji na poziomie wymagań europejskich.
Gdy zapytano Macieja Mirskiego, dyrektora jednego z największych zakładów produkcji serów żółtych na Ukrainie, czy jego zakład będzie eksportować sery na rynki unijne, odpowiedź była następująca: Dzisiaj to po prostu niemożliwe. Gdyby rolnicy przestrzegali podstawowych norm higieny, takich chociażby jak mycie wymion u krów czy aparatów udojowych, mleko wówczas byłoby o wiele lepszej jakości. Ale nawet tego się nie przestrzega. Aby eksportować na rynki UE, trzeba poddać się odpowiedniej kontroli. Można więc prognozować, że po zbadaniu jakości ukraińskiego mleka produkty mleczarskie z Ukrainy jeszcze przez kilka lat nie będą dopuszczone na rynek europejski.

Trudne dostosowania 
Niedawne przystąpienie Ukrainy do Światowej Organizacji Handlu (WTO) postawiło przed rolnikami, a w szczególności przed ukraińską branżą mleczarską, szereg wymagań dotyczących unowocześnienia ukraińskiej wsi. Jeszcze pięć lub nawet dziesięć lat temu, gdy Ukraina starała się o członkowstwo w WTO, znano reguły, które obowiązują w tej międzynarodowej organizacji. Do spełnienia tych zasad należało się zawczasu przygotować. Wiadomo było wtedy, że 70–80 proc. ukraińskiego mleka trafia do mleczarni wprost z podwórzy chłopskich, gdzie praktycznie nie używa się dojarek mechanicznych. Jednak ani urzędnicy, ani przedstawiciele świata nauki nie zaproponowali odpowiednich działań, aby ułatwić rolnikom i mleczarniom dostosowanie się do reguł WTO w okresie przejściowym po wstąpieniu Ukrainy do tej organizacji. Nie opracowano żadnych zaleceń lub porad, jak należy działać w takiej sytuacji. Urzędnicy Ministerstwa Rolnictwa uważali, że tę lukę na rynku wypełnią duże mleczarnie. Czas pokazał, że się pomylili: takich mleczarni obecnie na Ukrainie jest bardzo mało, można je policzyć na palcach. I w ciągu kliku lat nie da się ich utworzyć. Dlatego dobrym rozwiązaniem wydają się być rolnicze spółdzielnie, które podjęłyby się tych obowiązków. Na przykład spółdzielnia, która działa w okręgu znamiejanskim (obwód kirowogradski), już zakupuje dla rolników małe urządzenia do dojenia, opracowała plan kontroli weterynaryjnej, zorganizowała punkt skupu mleka z chłodziarkami, kupiła samochód- cysternę dla odbioru i transportu mleka, a ponadto wprowadza nowoczesne technologie produkcji pasz.

Dwa eksperymenty
Zarówno na Ukrainie, jak i w Polsce rząd holenderski sfinansował w latach 90. podobny eksperyment, którego celem było upowszechnienie w obydwu krajach nowoczesnej hodowli bydła mlecznego. Dwa takie same programy, a jakże odmienny rezultat. Na Ukrainie zakończyło się to fiaskiem, o czym obszernie piszemy w artykule. A w Polsce? Wszyscy pamiętają niezwykle udany holendersko-polski „Projekt Rozwoju Prywatnych Gospodarstw Mlecznych” prowadzony w Turośli, zaniedbanej wówczas wsi na Kurpiach. Stał się on początkiem niezwykłego rozwoju mleczarstwa na Podlasiu. Dzisiaj jest to region słynący z największych polskich mleczarni i najszybciej rozwijającej się hodowli bydła w gospodarstwach rolnych.

W artykule wykorzystano artykuły w ukraińskiej prasie branżowej oraz materiały własne.

Źródło: "Farmer" 19/2008