Kwestia europejskiego systemu oznaczeń geograficznych (GIS) – szczególnie w sektorze mleczarskim jest jednym z najbardziej kontrowersyjnych aspektów trwających rozmów negocjacyjnych transatlantyckiego partnerstwa Handlu i Inwestycji (TTIP) między UE i USA jest.

Komisja Europejska twierdzi, że oznaczenia geograficzne są niezbędne, nie tylko jako znak jakości, ale także do ochrony przed fałszowaniem i dla zapewnienia ciągłości znaczenia i wzrostu wartości lokalnego produktu społecznościom, które wytwarzają dany produkt od wielu lat.

Jednak wśród partnerów handlowych uwidocznia się rosnące niezadowolenie w podejściu UE do oznaczeń geograficznych, a najbardziej aktywnym krytykiem są Stany Zjednoczone – donosi AgraEurope.

W czym tkwi problem? W nazwie produktu GI – Unia chce by nazwa i oznaczenie wiązało się z produktem i rejonem, w którym jest on wytwarzany. Z kolei National Milk Producers Federation (NMPF), do federacji której należą też Stany Zjednoczone obawia się takiego podejścia i uważa je za niesłuszne. Wskazuje, że nieprawidłowe korzystanie z (legalnej) koncepcji oznaczeń geograficznych spowoduje, że nazwy rodzajowe żywności ogólnie stosowane, zostaną przypisane tylko do wskazanego produktu, gdy tymczasem są one produkowane na całym świecie. Za przykład podawany jest m.in ser parmezan, który nie jest GI. Pod tą nazwą ser wytwarzany jest przecież nie tylko we Włoszech. Natomiast jeśli ktoś nabywa Parmigiano Reggiano to jest już to produkt GI. Spór zatem wynika z obawy przed niesłusznym wykorzystaniem nazw rodzajowych żywności, tak by przypisać i związać daną nazwę tylko z produktem z danego regionu, w opinii oponentów „odzyskać prawa” do produktu i wpłynąć na jego wartość.

Podobał się artykuł? Podziel się!