PRZEGLĄD PRASY: Kiedy na początku marca prezydent Cristina Fernandez de Kirchner ogłosiła podwyżkę podatku od eksportu żywności średnio o 10 proc, nikt nie przypuszczał, że po kilkunastu tygodniach doprowadzi on kraj do największego po krachu finansowym w 2001 r. kryzysu politycznego - pisze Maciej Stasiński.

Rząd uzasadniał wprowadzenie podatku ochroną Argentyńczyków przed szybującymi cenami żywności na rynkach światowych. Miał skłaniać producentów do sprzedawania żywności w kraju zamiast za granicę.

Producenci zaprotestowali, bo nie chcieli się wyrzec olbrzymich zysków, jakie przynosi im ogromny eksport pszenicy, soi, ryżu czy mięsa. Nie zgadzali się też, by podwyżka podatku była wprowadzona dekretem prezydenta i żądali, by została poddana pod debatę parlamentarną. Pod petycją w tej sprawie zebrali milion podpisów.

Po trzech kolejnych falach strajków i blokad drogowych rolników drastycznie spadł eksport żywności, kluczowego źródła dochodów gospodarki, a rozmowy z rządem nic nie dały.

Kiedy do protestów przystąpili zniecierpliwieni przeciągającymi się blokadami dróg kierowcy ciężarówek i cystern, w kraju zaczęło brakować benzyny, a w miastach - mąki i mleka. Wtedy mieszkańcom Buenos Aires i innych miast, zrazu nie zainteresowanym sporem rządu z rolnikami, w oczy zajrzało widmo krachu gospodarczego podobnego do tego z 2001 r., kiedy miliony ludzi straciło oszczędności całego życia. Argentyńczycy poczuli, że nad krajem zawisła groźba zaprzepaszczenia odrodzenia kraju, który dzięki ośmioprocentowemu wzrostowi gospodarczemu w ciągu ostatnich pięciu lat dźwignął się z upadku. Eksport żywności daje Argentynie ponad połowę wszystkich dochodów z handlu zagranicznego.

(...) W sobotę gniew przeciwników rządu wzmocniło aresztowanie jednego z głównych przywódców strajków rolniczych Alfreda de Angeli. Choć po głośnych protestach w całym kraju został on po kilku godzinach zwolniony, farmerzy ogłosili kolejny strajk.

W niedzielę setki tysięcy ludzi w Buenos Aires, Cordobie, Mar del Plata i innych dużych miastach wyszły na ulice, by łomotaniem w garnki i patelnie oraz trąbieniem zaprotestować przeciw polityce rządu.

(...)We wtorek wieczorem prezydent Fernandez de Kirchner nagle ogłosiła, że zgadza się, by reforma podatku przeszła przez parlament. (...)

Źródło: Gazeta Wyborcza

Podobał się artykuł? Podziel się!