Eksperci twierdzą, że w okolicy Żlina pozostało już jedynie kilkanaście dzików. Nie oznacza to jednak, że i one "mogą spać spokojnie". Celem Czechów jest zminimalizowanie ryzyka rozszerzenia choroby. Czechy to jedyny kraj, który na tak szeroką skalę zajął się rozwiązaniem problemu zbyt dużej populacji dzików. Poza odstrzałem prowadzonym przez myśliwych, w rejonie Zlina zainstalowano ogrodzenia oraz tzw. płoty zapachowe, które mają zniechęcać dzikie zwierzęta do dalszej migracji. Ponadto stosowane są specjalne klatki, które po pojawieniu się w nich zwierzęcia są automatycznie blokowane. Od niedawna w odstrzale dzików bierze udział także specjalna jednostka policyjna, która wcześniej przeszła szkolenie związku łowieckiego.

Efekty? Od października stróże prawa odstrzelili 137 dzików. Czy po nowym roku będą prowadzili dalszy odstrzał okaże się niebawem. Niebawem mają o tym zdecydować przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa, Policji i Weterynarzy.

- Zgodnie z ostatnimi ocenami w okolicy powinno przebywać mniej niż dwadzieścia dzików. To już nie jest tak, jak na początku, kiedy były ich setki - przyznaje Franz Mahdalik, dyrektor Regionalnej Administracji Weterynaryjnej w Zlinie.

Wirus ASF potwierdzono dotychczas u 190 martwych dzików. Po raz pierwszy choroba wystąpiła 29 czewca w okolicach Żlina. Czeska administracja potwierdziła, że do przeniesienia choroby doszło prawdopodobnie z Ukrainy. W okolicy znajduje się bardzo duże skupisko pracowników z tego kraju. Mimo tego przypadku zarówno na granicy ukraińsko- słowackiej jak i słowacko-ukraińskiej wciąż można przewozić i wwozić przetwory mięsne niewiadomego pochodzenia.

Podobał się artykuł? Podziel się!