W Anglii coraz większą popularność zdobywa spontaniczne umawianie się młodzieży przez internet w miejscach bardzo nietypowych. Za takie uznano pole w Arrington, na którym zorganizowano kilkunastogodzinną imprezę. Niestety organizator wydarzenia nawet nie zapytał o zgodę rolnika, którego o północy obudziła głośna muzyka. Kiedy wyszedł ze swojego domu, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Ponad stuosobowa grupa bawiła się przy głośnej muzyce na jego polu.

- Nie wiedziałem co się dzieje, wydawało mi się, że to sen. Wieczorem widziałem tłumy zjeżdżające na naszą spokojną wieś, ale nie spodziewałem się, że wszyscy zebrali się, by imprezować na moim polu- przyznaje dziennikarzom portalu Farmers Weekly pan David Rolls.

Zdezorientowany rolnik o niecodziennej sytuacji prędko poinformował policję. Angielscy stróże prawa bardzo szybko przyjechali na miejsce i... odmówili interwencji. Wyjaśniono rolnikowi, że w tym przypadku nie można nawoływać młodzieży do opuszczenia tego miejsca. Według nich byłoby to zbyt ryzykowne, ponieważ większość bawiących się ludzi jest pod wpływem alkoholu oraz być może narkotyków. - Powrót tych ludzi mógłby spowodować ogromne zagrożenie na drodze - przyznali. - Jestem zszokowany taką argumentacją - przyznaje pokrzywdzony. Według niego policja powinna zatrzymać pijanych, oraz skonfiskować sprzęt muzyczny.

Sprawa bulwersuje tym bardziej, że policjanci z anielską cierpliwością czekali na zakończenie imprezy do godzin porannych. Po godzinie 8, kiedy pijana młodzież wciąż bawiła się w najlepsze, zdesperowany farmer zwrócił się o pomoc do sąsiada. Ten po krótkich namowach wjechał traktorem w miejsce imprezy ciągnąc za sobą wóz asenizacyjny. Po chwili gnojówkę zaczęto wylewać wprost na zaskoczonych i nie do końca świadomych tego co się dzieje imprezowiczów. W tym momencie najbardziej bulwersuje reakcja policjantów, którzy rzucili się na traktorzystę. Dlaczego? Policja twierdzi, że wylanie na intruzów nieczystości jest wykroczeniem. Jeszcze nie wiadomo, czy rolnik skieruje sprawę do sądu. Na razie szacuje szkody. Po imprezie na jego 12 hektarowym polu pełno jest szkła, butelek i plastikowych opakowań. Pan Rolls dorabia do swojej emerytury sprzedając kiszonkę okolicznym rolnikom. W tym roku, jak mówi, zrezygnuje ze sprzedaży. - Nie chcę by w kiszonce zwierzęta natrafiły na szkło czy zmielony plastik, a przecież w tym momencie istnieje ku temu spore ryzyko - uważa.

Podobał się artykuł? Podziel się!