W porównaniu z innymi krajami, które w 2004 roku dołączyły do Unii, polska wieś skorzystała najbardziej - podkreśliła Ruta Śpiewak. - Wystarczy pojechać i zobaczyć, że jest ładniej, czyściej, są lepsze drogi niż np. w 2004 roku - mówi. Jej zdaniem maleją różnice między miastem a wsią. Jako przykład podaje wzrost przeciętnych dochodów na wsi - dziś to 80 proc. tego, co mają mieszkańcy miast.- "Można powiedzieć, że lęki, które na wsi były przed akcesją powszechne - nie potwierdziły się - oceniła.

Z drugiej strony - jak przyznała - rolnicy podkreślają, że nadal istnieje podział na "starą" i "nową" Unię. Narzekają, że członkowie "starej" UE nie są z nami w żaden sposób solidarni, z czym mieliśmy do czynienia np. ostatnio przy okazji afrykańskiego pomoru świń. "Cały czas panuje poczucie, że jesteśmy w Unii członkami drugiej kategorii. O tyle uzasadnione, że ciągle mamy niższe dopłaty bezpośrednie mimo obietnic, że to się wyrówna" - powiedziała.

Jak jednak zaznaczyła Śpiewak, taki zastrzyk pieniędzy jak ten z Unii nie miał precedensu w naszej historii i prawdopodobnie nigdy się nie powtórzy. "Wieś w dużym stopniu skonsumowała środki, które jej przyznano w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Przede wszystkim dzięki dobrze przygotowanym programom przedakcesyjnym - SAPARD - który nauczył rolników wykorzystywać te pieniądze" - powiedziała.

Dodała jednocześnie, że choć z punktu widzenia statystki obraz wsi po akcesji wygląda optymistycznie, to jednak, gdy spojrzeć na detale, jest już nieco inny. Zaznaczyła przy tym, że proces integracji trwa.

Zdaniem badaczki ważne jest to, jaki model wsi nasze państwo chce osiągnąć dzięki Programowi Rozwoju Obszarów Wiejskich.

Według Śpiewak system finansowania wsi przyczynia się do tego, że struktura agrarna naszego kraju w pewnym sensie pozostaje niewydolna - tzn. średnia wielkość gospodarstw jest nadal niewystarczająca, jeżeli chodzi o ich ekonomiczną wydolność. A to efekt m.in. tego, że mamy duży transfer socjalny, czyli dawanie pieniędzy drobnym rolnikom, renty strukturalne czy na finansowanie obszarów o niekorzystnych warunkach gospodarowania, a równocześnie są dopłaty bezpośrednie. - Trzeba zauważyć, że obserwujemy pozytywny proces zmiany również pod tym względem, niemniej jest on dosyć powolny - powiedziała.

Socjolożka wskazała, że - jak wynika ze spisu powszechnego z 2012 roku - nadal przeciętne gospodarstwo w Polsce ma tylko nieco ponad 10 hektarów. "Pod tym względem zróżnicowane w skali kraju jest duże" - mówiła.

Według Śpiewak problem podaży ziemi, który wpływa na zbyt powolny wzrost średniej wielkości gospodarstw w Polsce, jest bardzo poważny. - Z powodu dopłat obszarowych mało kto jest zainteresowany jej sprzedażą. To hamuje rozwój gospodarstw towarowych - oceniła.

Przypomniała, że od zakończenia II wojny światowej z użytkowania wypadło ok. 5 mln hektarów ziemi, a od wejścia do Unii w 2004 roku ceny gruntów wzrosły ok. o 40 proc. - Nie chodzi o to, by ślepo kopiować model wielkoobszarowego rolnictwa zachodniego. Przemysłowe rolnictwo się nie sprawdziło. Zarówno pod względem społecznym - doprowadziło do wyludniania obszarów wiejskich, np. we Francji, jak i wynikających z takiego modelu zagrożeń dla środowiska czy niewystarczająco dobrej jakości produkcji - mówi. Zdaniem badaczki, UE stara się ten model zmieniać lub przeciwdziałać szkodom, które stwarza rozwój rolnictwa przemysłowego.

- Nie sądzę, by w Polsce kiedykolwiek doszło do tego, że przeciętne gospodarstwo będzie mieć kilkaset hektarów. Nie wydaje mi się też, by było to naszym celem. Jednak w sytuacji, w której w Podkarpackiem przeciętne gospodarstwo ma 2,8 ha nie jest dobra, jeżeli chodzi o względy rozwojowe, ale również - wbrew pozorom - także środowiskowe. Oznacza to, że istnieje spora grupa ludzi, którzy są przywiązani do małego kawałka ziemi, ale nie są w stanie się z niego utrzymać, a już na pewno nie mogą rozwijać tego gospodarstwa. Jest to grupa dosyć pasywna, nazwana przez prof. Marię Halamską quasi-chłopami - powiedziała.

Według niej aby spadła liczba osób zatrudnionych w rolnictwie, a równocześnie powiększał się areał gospodarstw rolnych, trzeba tworzyć więcej miejsc pracy poza rolnictwem. Śpiewak oceniła, że firmy powstające na obszarach wiejskich są niewielkie, niezbyt konkurencyjne czy innowacyjne. Dlatego wciąż są mało atrakcyjne dla coraz lepiej wykształconej wiejskiej młodzieży.

- Ze względu na deficyt atrakcyjnych miejsc pracy na wsi trwa tzw. drenaż mózgów, polegający na tym, że najlepiej wykształceni, rzutcy, o największym kapitale kulturowym i społecznym ze wsi przenoszą się do miast - mówiła. Dodała, że z drugiej strony badania pokazują, że spada liczba mieszkańców wsi, którzy chcą się przeprowadzić do miasta, a rośnie liczba mieszkańców miast, którzy chcą się wyprowadzić na wieś.

Badaczka podkreśliła, że jednym z efektów unijnych dopłat jest to, że lawinowo wzrasta liczba gospodarstw ekologicznych. Jednocześnie eksperci z ośrodków doradztwa rolniczego, szacują, że tylko 30 proc. produkcji rolników, którzy otrzymują dopłaty ekologiczne, trafia na rynek. - Reszta to tzw. trawnikowcy, prowadzący produkcję ekologiczną, która w ogóle nie trafia na rynek, a służy tylko uzyskaniu dopłat do produkcji ekologicznej. Podejmowane są teraz próby zmiany przepisów tak, by powiązać dopłaty z produkcją - mówiła.

Wyraziła też opinię, że pozytywne przeobrażenia w naszym kraju hamuje niski kapitał społeczny Polaków, w tym i mieszkańców wsi. - Dane o poziomie zaufania społecznego są zatrważające. Brakuje umiejętności współpracy na rzecz wspólnego dobra. W efekcie np. bardzo opornie rozwijają się dotowane przez UE grupy producenckie. Działania Lokalnych Grup Działania (LGD) koncentrują się bardziej na działaniach tzw. twardych - budowie, remontach miejsc, gdzie ludzie mogą się spotykać niż organizowaniu samych spotkań mieszkańców lub budowaniu spoiw ich łączących. Choć oczywiście są też wspaniałe przykłady działania grup producenckich. Ten problem widać też w tempie wykorzystania środków z Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich - te, które wymagają współpracy, są wolniej i później wykorzystywane - mówiła.

Śpiewak podkreśliła, że akcesja, jak i procesy globalne zmieniają mentalność mieszkańców wsi. Co prawda nadal są tu silniejsze niż w mieście więzy rodzinne i samo znaczenie rodziny, ale tak jak w całej Polsce spada dzietność, a rośnie liczba rozwodów, procesy te następują tylko nieco wolniej niż w miastach.

Do mankamentów badaczka zaliczyła też surowsze przestrzeganie unijnych reguł, przepisów, niż to ma miejsce w innych krajach, np. w Niemczech. - Polska biurokracja i deficyt zaufania to nasza "kula u nogi". To przez to m.in. z dużymi oporami powstają lokalne przetwórnie, ubojnie, szczególnie te ekologiczne, co w efekcie hamuje powstawanie nowych miejsc pracy, a wiele wspaniałych lokalnych produktów nie trafia na nasze stoły ze względu na surowe przepisy albo, jak twierdzą praktycy, zbyt restrykcyjne ich interpretacje urzędnicze - powiedziała.

Do minusów akcesji zaliczyła też emigrację zarobkową, która rozdziela rodziny.