Prawo do zakupu ziemi miałoby też przysługiwać osobom, które zadeklarują gotowość do nauki języka niderlandzkiego i zapiszą się na kurs.

Unijni korespondenci dopytywali KE, czy nie jest to oczywista dyskryminacja ze względów językowych, zakazana w unijnym prawie. Ale KE nabrała w tej sprawie wody w usta.

"Nie mamy żadnej opinii" - powtarzał rzecznik odpowiadający za swobody obywatelskie, Friso Roscam Abbing. Tłumaczył, że KE na razie czeka na opinię władz belgijskich, o którą się zwróciła. Odmówił potwierdzenia, że uzależnienie sprzedaży gminnej ziemi od znajomości języka jest dyskryminacją.

To kolejny konflikt w podzielonej na regiony Belgii, który obrazuje, jak głębokie są językowe animozje między mieszkańcami francuskojęzycznej Walonii i niderlandzkojęzczonej Flandrii.

Władze Zaventem nie kryją, że chodzi im o podkreślenie flamandzkiego charakteru gminy. "Jest całkowicie normalne, że nabywca jest zobowiązany do pewnego wysiłku na rzecz integracji; mówiąc w języku danego regionu przyczynia się w ten sposób do dobrego współżycia lokalnej społeczności" - tłumaczył zastępca burmistrza Eric Van Rompuy.

Nowe przepisy stanowią, że gmina może sprzedać ziemię jedynie osobom niderlandzkojęzycznym. W razie wątpliwości znajomość języka ocenia powołana przez gminę komisja. Jeśli kandydat nie zna języka, musi się zobowiązać, że zapisze się na kurs. Jeśli odmawia i kursu i egzaminu przed komisją, do sprzedaży ziemi nie może dojść, przy czym gmina nie zwraca kosztów, jakie w związku z planowaną transakcją poniósł kupujący.

Inne warunki sprzedaży mówią o długości dotychczasowego zamieszkania w gminie, wieku, liczbie dzieci i ewentualnego zatrudnienia na miejscu.

Gmina ogłosiła, że po raz pierwszy przepisy będą zastosowane podczas trwającej sprzedaży 76 działek budowlanych. O tym, kto zostanie nabywcą, ma zadecydować rada gminna w marcu.

Belgię dzieli na pół językowa granica - jedynie Bruksela, jako stolica kraju, jest formalnie dwujęzyczna. W praktyce ok. 85-90 proc. jej mieszkańców mówi po francuski. Przedmieścia Brukseli to już natomiast terytorium Flandrii, gdzie obowiązuje wyłącznie język flamandzki. Rzecz w tym, że wielu frankofonów wyprowadza się na tańsze i spokojniejsze przedmieścia z przepełnionej Brukseli. Ich napływ budzi protesty niderlandzkojęzycznych mieszkańców i władz.

Flamandzkie gminy pod Brukselą cieszą się popularnością także wśród zagranicznych urzędników instytucji europejskich i NATO, mających siedzibę w Brukseli. Większość z nich nie zna niderlandzkiego; na co dzień w pracy porozumiewają się przede wszystkim po angielsku i francusku.

Źródło: PAP