Po początkowych kilkugodzinnych blokadach dróg z początku tygodnia, Grecy doszli do wniosku, że ich protest nie przynosi spodziewanych efektów i muszą wywrzeć większą presję na rządzących. Od czwartku rozpoczęli blokadę głównych dróg krajowych. Nieprzejezdna do odwołania jest najważniejsza autostrada z Salonik do Aten w okolicy Larisy. Paraliż komunikacyjny ogarnął całą Grecję.

Na protest szybko zareagowali Bułgarzy. W zeszłym roku w wyniku greckich blokad stracili kilkanaście milionów dolarów. Ich transporty nie mogły zarówno przejechać przez Grecję jak i wrócić do swojego kraju. Tym razem Bułgarzy ostrzegają sąsiadów, grożąc kontrblokadą. - Jesteśmy zdeterminowani. Potrafimy zrozumieć intencje greckich przyjaciół, ale nie wyobrażamy sobie by celowo blokowali granicę tylko po to by doprowadzić do szkód sąsiadów. Jeśli do tego dojdzie zrobimy swoją blokadę. Może ona da im do myślenia - zapowiedział Alexander Stamboliyski, członek Rady zrzeszających bułgarskich kierowców.

Na razie blokady granicy nie ma choć gdyby zależało to od protestujących to droga graniczna byłaby nieprzejezdna. Policja stworzyła kordon, dzięki któremu ruch samochodów przebiega swobodnie. W piątek protestujący kilkakrotnie próbowali przełamać kordon, na szczęście bezskutecznie. 

Powody do narzekania mają zresztą nie tylko Bułgarzy. Grecy zapowiedzieli, że lada chwila zablokują także dwa przejścia graniczne z Macedonią w środkowej i zachodniej części kraju.

>>> Czytaj także: Plan protestu greckich rolników wywołuje... wściekłość Bułgarów 

Członkowie greckich rolniczych związków zawodowych z protestem zwlekali od kilku tygodni. Rozpoczęli go w bardzo okrojonej formie na początku tego tygodnia. Początkowo blokowali drogi po kilka godzin dziennie. Faktycznie utrudnienia w ruchu były większe, nie tylko podczas ich blokady, ale także podczas dojazdu traktorów na miejsce protestu.