- Była u mnie komisja szacująca straty, jestem już po "szacowaniu". Jeśli można to tak nazwać. Szacowano wg danych komisji, bobowate, ziemniaki i sady, lecz tu cytat: my podjęliśmy decyzję że oszacujemy też użytki zielone u posiadaczy bydła. Sami z siebie. W opinii komisji te szacowania nic nie dadzą, lecz kazano im to robić. Szacowano bobowate, które zostały już dawno zebrane, więc podpisaliśmy oświadczenie – opowiada nam czytelnik. – Przyszli nawet bez zapowiedzi, 5 minut pobyli i poszli dalej, nie zostawiając żadnego protokołu i nie widząc pola. Pytali mnie na przykład, po ile mleko sprzedawałem w ubiegłym roku. Nie pamiętałem dokładnie, po ile i kiedy. Powiedziałem, że po 1,5 zł – wpisali 1,2. Na pytanie komisji: na co pan liczy, dostali odpowiedź NA NIC. I na tym się skończy. 

Jak relacjonuje nasz czytelnik, największe straty poniósł w uprawie owsa. 50%. - Oczywiście nie szacują, a nawet gdyby szacowali, to akurat tego by nie mogli - mówi.

Największy problem wynika jednak z… utrzymywania pozorów. Bo uprawianie ziemi „za kogoś” – będące jedynym i wcale dobrym wyjściem z sytuacji, kiedy nie sposób zalegalizować stanu własności – w sytuacji takiego jak teraz kryzysu pozostawia rolnika poza zasadami udzielania pomocy.

- Na papierze mam 80 ha, uprawiam prawie 200 ha. Szacowanie odbywa się „na podstawie" dopłat. Mamy oszukiwaną gospodarkę. Co kwartał lub pół roku oszukuję ankietera GUS, gdyż na pytanie o powierzchnię gospodarstwa podaję te grunty, na które mam umowę. Te, które uprawiam u sąsiadów i biznesmenów nie wchodzą w strukturę gospodarstwa, gdyż to oni są beneficjentami środków unijnych. Ba, mogą być także beneficjentami moich klęsk. Uprawiam te nie swoje grunty tylko po to, aby żywić zwierzęta. Teoretycznie powinienem sam powiększać swój areał, ale dziwnym trafem "pierwszeństwo" mają ci inni. Oszukiwaną gospodarkę rolną mamy także, gdyż dopłaty należą się posiadaczowi uprawy, teoretycznie. Oszukiwaną, gdyż ANR zastrzega brak możliwości poddzierżawy, oraz że dzierżawca będzie samodzielnie uprawiał dzierżawiony grunt. Władni zdają się nie widzieć sprawy. My, cisi uprawiacze, nie podnosimy tematu głośno, bo stracimy możliwość żywienia zwierząt. W normalnym kraju ziemia trafiałaby do producenta. W nienormalnym, podczas zwrócenia uwagi na problem, urzędnicy kontrolują dzierżawcę, ten zaczyna pozorować działalność rolniczą. Wszyscy są zadowoleni, zwierzyna głodna. Koło się zamyka, kołomyja trwa dalej.

Dwa problemy przedstawione przez naszego czytelnika prowadzą do jednego wniosku: stwarzanie i utrzymywanie pozorów weryfikuje życie. Bezlitośnie, zwłaszcza w sytuacjach przełomowych. Ale czy jednakowo dla wszystkich i czy na pewno sprawiedliwie?