PRZEGLĄD PRASY: Komisja Europejska przedstawiła w ubiegłym tygodniu projekt nowych przepisów, które mają doprowadzić do zwiększenia udziału odnawialnych źródeł energii w energetycznym bilansie UE. Minimalny limit dla Polski wynosiłby 15 proc. w 2020 roku – pisze Konrad Niklewicz

Marcin Korolem, wiceminister gospodarki powiedział, że 15-procentowy cel jest zbyt ambitny. Inaczej uważają eksperci z Instytutu Energetyki Odnawialnej (IEO), którzy obliczyli nawet, jak do tego dojść.

Nie licząc energii przypadającej na biopaliwa, w 2020 r. odnawialne źródła energii cieplnej i elektrycznej powinny mieć moc 45 GW. Spalanie biomasy pozostanie pierwszym źródłem zielonej energii, zwłaszcza tej cieplnej. Ale najszybciej rozwinie się energetyka wiatrowa - każdego roku moc zainstalowana wiatraków powinna wzrastać o 33 proc, by w 2020 r. dojść do poziomu 8 GW mocy zainstalowanej.

Instytut z grubsza policzył, jaki może być koszt potrzebnych inwestycji. To astronomiczne sumy. Żeby dojść do planowanych 11 GW mocy zainstalowanej w siłowniach produkujących prąd, trzeba będzie około 30 mld zl. Drugie tyle pochłonie budowa ekologicznych instalacji cieplnych o łącznej mocy 30 GW.

Koszty rozłożą się na 12-15 lat, a w dodatku co najmniej 10 proc. sfinansowałaby nam UE. Nie będzie kłopotu ze znalezieniem prywatnych inwestorów gotowych finansować inwestycje w elektroenergetykę, bo już teraz dochodowa sprzedaż prądu z zielonych źródeł jest gwarantowana dzięki możliwości sprzedaży „zielonych certyfikatów”. „Zielone certyfikaty" są kupowane na rynku np. przez te firmy energetyczne, które nie mają własnych eko-źródeł.

Gorzej jest z energetyką cieplną (tutaj żadnych gwarancji systemowych nie ma), więc to właśnie ten sektor będzie musiał korzystać z unijnych i krajowych dotacji.

Źródło: Gazeta Wyborcza

Podobał się artykuł? Podziel się!