Rolnicy czekają na dotacje z programu SAPARD, renty strukturalne, dopłaty bezpośrednie, dopłaty do rolnictwa ekologicznego, a młodzi rolnicy na dotacje na ułatwienie startu. Ci ostatni powinni dostawać premię w wysokości 50 tys. zł, ale zdarza się, że na ich konta w terminie, który ARiMR sama określa w umowie, trafia zaledwie 25 proc. tej kwoty i nikt im nie potafi powiedzieć, kiedy dostaną resztę. Agencja odsyła ich do Ministerstwa Rolnictwa, Ministerstwo Rolnictwa do Ministerstwa Finansów, a Ministerstwo Finansów mówi, że winna jest Unia.

Rolnicy ciągle słyszą, że należą do grupy, która najwięcej skorzystała na wejściu do UE. To drażni, bo tej góry pieniędzy jakoś nie widać w ich kieszeniach. Nadal są dla wielu z nich to tylko pieniądze wirtualne. Rolnicy podejrzewają nawet, że pieniądze które miały do nich trafić "poszły" na co innego. Niektórzy rozgniewani są do tego stopnia, że zapowiadają, że wniosków nie będą więcej składać, bo po co ten trud, gdy nie można doczekać się pomocy.

Mniej żalu byłoby, gdyby od początku jasno mówiono, że pierwszy rok członkostwa będzie bardzo trudny. Nie tylko ze względu na ogrom pracy, jaką będą miały do wykonania instytucje odpowiedzialne za przepływ pieniędzy z Unii do budżetu krajowego i z tego budżetu - do wszystkich, dla których są przeznaczone w różnych programach. Jeszcze większym problemem jest stan finansów państwa. Nasz budżet na rok 2004 miał ogromny deficyt i bardziej zadłużyć już się nie mógł (nie pozwala na to ustawa budżetowa), więc brakujących ARiMR środków przekazać nie miał z czego. Żeby zrozumieć trzeba wiedzieć jak krążą unijne fundusze.

Do budżetu UE Polska wpłaciła 6 mld, a otrzymaliśmy stamtąd 12 mld zł. Problem w tym, że większość tych pieniędzy musi być przekazana samorządom na realizację różnych programów, a tylko 2,8 mld zł zasiliło budżet państwa. Naszą składkę do budżetu UE sfinansować musiał natomiast budżet krajowy, a więc składka obciążyła już i tak deficytowy budżet państwa.

Z tych 12 mld zł na realizację programów dla wsi i rolnictwa, czyli Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich (np. renty strukturalne, rolnictwo ekologiczne itd) i Sektorowego Programu Operacyjnego (np. inwestycje w gospodarstwach rolnych) otrzymaliśmy tylko zaliczki w wysokości odpowiednio 1,2 mld i 46 mln zł. Nie jest to zła wola Unii. Takie są zasady. W tym roku dostaniemy następną transzę należnych nam sum z zaplanowanych na lata 2004-2006.

Z zaliczek wypłaconych z Unii na dopłaty bezpośrednie można było przeznaczyć zgodnie z traktatem akcesyjnym tylko 173 mln zł (z PROW). Resztę trzeba było pokryć z budżetu krajowego, bo na dopłaty bezpośrednie nie dostaliśmy ani jednego euro. Wydatki na ten cel muszą być bowiem ponoszone z budżetów krajowych. Gdyby dopłaty bezpośrednie dla rolników były wypłacane w terminach takich, jak w pozostałych krajach UE (od 1 grudnia do 30 kwietnia roku następnego) byłoby to korzystniejsze dla naszego budżetu. A tak, mimo hucznych zapowiedzi do końca 2004 r. udało się wypłacić zaledwie 24 proc. dopłat, bo wygospodarować trzeba było na nie aż 7 mld zł. Pieniądze te UE nam zwróci, ale dopiero w tym roku (ma czas do września). Pozostaje więc złożyć rolnikom zapewnienie, że na pewno dostaną to, co im się należy, bo ARiMR to nie jakaś tam firma, która może zbankrutować.

W tym roku Agencja powinna mieć mniejsze niż w pierwszym roku członkostwa kłopoty finansowe. Pieniądze, które zwróci nam UE za wypłacone rolnikom dopłaty, będą mogą być przeznaczone na dopłaty za rok 2005. Otrzymamy też kolejne zaliczki na realizację programów służących rozwojowi wsi i rolnictwa. W 2005 r. do Polski powinno wpłynąć z budżetu UE blisko 25 mld zł, w tym dla wsi prawie cztery razy więcej niż w 2004 r, bo 4,7 mld zł (nie licząc pieniędzy z SAPARDu i na dopłaty bezpośrednie). Pozwoli to zapewne na szybsze uruchamianie programów dla wsi i rolnictwa i szybsze przekazywanie pieniędzy rolnikom.

Źródło: "Farmer" 05/2005