Nowy pomysł rządzących opisuje dziś Dziennik Gazeta Prawna. Marcin Zieleniecki, wiceminister pracy, podczas posiedzenia sejmowej komisji polityki społecznej, powiedział, że "nie możemy traktować wkładu emerytalnego jako swego rodzaju rachunku oszczędnościowego na starość". Jak zauważa DGP, takie podejście oznacza, że osoby, które nie uzbierają 15 lat składkowych, nie dostaną emerytury ani nie dostaną z powrotem swoich pieniędzy.

Do tej pory wysokość wynagrodzenia wpływała na emeryturę, od wyższego wynagrodzenia wpływały wyższe składki uzbierane na indywidualnym koncie emerytalnym. Teraz rząd chce to zmienić, rozważyć prawo do emerytury dopiero po przepracowaniu 15 lat składkowych.

Propozycja, by prawo do emerytury uzależnić od stażu składkowego zaskoczyło ekspertów, cytowanych przez DGP. Piotr Lewandowski, prezes Instytutu Badań Strukturalnych, zauważył, że w ten sposób zacznie obowiązywać zasada, że zgromadzone składki są podstawą do emerytury – ale nie dla wszystkich, a gdy komuś zabraknie do wymaganego limitu nawet roku pracy, to składki przepadną.  

Inny ekspert emerytalny, Andrzej Strębski, nazwał to bardziej dosadnie: „To próba zawłaszczenia pieniędzy przyszłych emerytów”. Dodał, że to oznacza, że ZUS nie ma pieniędzy na zwrot już otrzymanych składek, a rząd obawia się roszczeń nt. odsetek.

Pomysł w ogóle jest ryzykowny, nie tylko grozi bałaganem, ale też nie wszyscy będą mogli udowodnić 15 lat opłacania składek. ZUS od okresów składkowych odejmuje każdy dzień chorobowego. Bogusława Nowak-Turowiecka zwróciła wagę, że może się okazać, że pracodawca wykaże w świadectwie pracy 17 lat zatrudnienia, a ZUS nie uzna całego okresu. Inną konsekwencją może być, że pracujący po uzbieraniu wymaganego stażu będą pracować na czarno, ze strachu, że kolejny rząd będzie chciał im zabrać ich oszczędności emerytalne. Problemy mogą mieć też osoby opłacające dobrowolnie składki emerytalne, jak rentierzy, inwestorzy giełdowi czy twórcy.