Menu

Kto pyta, nie błądzi

Kolejna konferencja Farmera za nami. Tym razem gościliśmy w Wielkopolsce, konkretnie w Sielinku. Rolnicy nie zawiedli, przybyło 250 osób.

Kto pyta, nie błądzi Kto pyta, nie błądzi

Wizyta w Sielinku to już czwarte spotkanie z II cyklu konferencji Farmera "Przez innowacyjność do sukcesu". Wzięli w niej udział przedstawiciele firm rolniczych i naukowcy, do których rolnicy mieli najwięcej pytań. I właśnie na tych pytaniach chcemy się skupić.

Jako pierwszy wystąpił prof. Marek Korbas z Instytutu Ochrony Roślin PIB w Poznaniu. Przybliżył on uczestnikom spotkania temat stosowania środków ochrony roślin w uprawie zbóż i rzepaku w kontekście już bardzo bliskiego obowiązywania u nas przepisów integrowanej ochrony roślin. Skuteczność ochrony uwarunkowana jest bowiem umiejętnym doborem substancji czynnej, techniką wprowadzenia preparatu przy uwzględnieniu parametrów pogodowych. Te elementy należy połączyć z zasadami integrowanej ochrony, która przewiduje metodę chemiczną jako uzupełnienie, dając pierwszeństwo niechemicznym metodom.

Prof. Korbas zapewnił rolników, że nie muszą się bać wejścia w życie obligatoryjnych przepisów dotyczących integrowanej ochrony. - Te działania, które już do tej pory wykonujecie, w zasadzie są w bardzo dużym procencie zgodne z koncepcją integrowanej ochrony roślin, którą podaje nam rozporządzenie Unii Europejskiej - podkreślał prof. Korbas.

Pierwsze pytanie zadane przez uczestników konferencji brzmiało: czy mieszając środki ochrony roślin, trzeba patrzeć na ich mechanizm działania, czy muszą one być różne?

- Stosując agrochemikalia, patrzymy na mechanizmy działania środków, ale przede wszystkim pod kątem ich odmienności. Czyli jak jeden preparat działa na przepływ elektronów w mitochondriach, a drugi - na demetylację węgla C4 w procesie oddechowym, to wtedy wszystko jest w porządku.

Ale jeżeli jeden i drugi produkt działa na mitochondria, to warto tego drugiego partnera zmienić - odpowiedział prof. Korbas.

Następne pytanie dotyczyło temperatury minimalnej, w której można stosować środki ochrony roślin. - Zabiegi wykonywane jesienią i wiosną są o tyle kłopotliwe, że warunki do ich zastosowania są często niekorzystne.

Dotyczy to wszystkich grup środków ochrony roślin. Duży kłopot jest w tej materii z fungicydami, bo w tej grupie mamy wiele preparatów, gdzie substancje czynne działają najczęściej w temperaturze 10-12oC. Na wiosnę przeważnie są one niższe i wynoszą 7-8oC. Co zatem w takiej sytuacji ma zrobić rolnik? Lepiej tego środka nie aplikować. Natomiast można go zastosować w połączeniu z innym preparatem, który może działać w niższej temperaturze.

Jakie środki działają w niższej temperaturze, żeby były skuteczne, np. z grupy morfolin, strobiluryn?

To oczywiście musi być dostosowane do zagrożenia. Jeśli mamy np. tebukonazol, który działa w temperaturze 10-12oC, i inny środek z grupy morfolin, który działa w niższych temperaturach, to je łączymy. Wówczas przesuwa się jakby punkt termiczny stosowania, bo morfolina już działa, triazol też, ale jest jakby "wciągany" przez morfolinę i jednocześnie ma szeroki zakres działania.

Szybkość jest bardzo ważna. Czyli skuteczność będzie zależała od temperatury i od substancji czynnej. Oczywiście są już gotowe środki, które mają w sobie morfolinę i triazol. Jeśli chodzi o skuteczność, to polecałbym właśnie środki wieloskładnikowe - odpowiedział prof. Korbas.

Pytanie: Czy partner podczas łączenia agrochemikaliów, spowalnia spływanie w razie deszczu substancji czynnej, czy powoduje przyspieszenie wchłaniania?

- Partner często po pierwsze daje pewien synergizm, czyli współdziałanie, jeśli chodzi o możliwości zwalczania danego grzyba chorobotwórczego.

W wypadku kiedy np. stosuje się glifosat z siarczanem amonu, wówczas powoduje to coś w rodzaju "sanek" - dodatkowo ciągnie tego bardziej "leniwego" partnera do pobierania składników przez roślinę. Natomiast część fungicydów już w sobie ma te substancje wspomagające możliwości pobierania przez roślinę. Jeżeli jest taka sytuacja, to dawanie adiuwantów i różnego rodzaju wspomagaczy jako partnera jest wówczas błędem. Ale jeśli mówimy o partnerze jako substancji czynnej i z różnej grupy chemicznej - to przede wszystkim mam na myśli efekt synergistycznego działania, wzajemnego wspomagania poszerzania spektrum zwalczanych grzybów chorobotwórczych. Jednocześnie szybszego pobierania tych dwóch substancji czynnych przez roślinę - wytłumaczył prof. Marek Korbas.

Czy lepiej stosować oprysk przed deszczem czy po? - Ani przed, ani po, tylko wtedy, kiedy jest próg szkodliwości.

Opady deszczu to mniej ważne warunki, ważniejsze jest to, czy wystąpiła choroba, czy zwiększyło się jej nasilenie i czy są dobre warunki do rozwoju.

W mojej opinii, wykonywałbym zabieg po deszczu. Nie przed. Dlatego że wówczas jest duża wilgotność, a ona jest zawsze mile widziana przez grzyby chorobotwórcze. Gdyby preparat zastosowany był wcześniej, to część substancji czynnej już by nam się gdzieś rozeszła, a gdy zastosujemy po, to zastosowana substancja zadziała z pełną mocą - odpowiedział rolnikowi prof. Marek Korbas.

Wiele emocji i pytań wzbudziło wystąpienie dr. Witolda Szczepaniaka z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który mówił o efektywności nawożenia zależnej od zróżnicowanego odżywiania roślin, ale i gleby. Punktem wyjścia jest uregulowany odczyn gleby. Przypomniał, że rośliny do właściwego wzrostu potrzebują wody, światła, dwutlenku węgla i temperatury, aby proces fotosyntezy zachodził.

- Żeby to było efektywne, musimy pamiętać o składnikach pokarmowych, czyli przede wszystkim o azocie, ale za nim kryją się wszystkie pozostałe makro- i mikroskładniki - dodał dr Szczepaniak.

Jedno z pytań dotyczyło stosowania mocznika w zależności od przebiegu pogody, a konkretnie, czy przed opadami, czy po nich. - Zasada nie jest taka prosta, czy przed, czy po, bo jeśli mówiłbym o stosowaniu nawozów doglebowo, to nie ma wyjścia i zawsze termin przed deszczem jest lepszy. Jeśli zastosuje się nawóz azotowy typu mocznik po deszczu, na mokrą glebę, to z automatu się rozpuszcza, ale to nie gwarantuje, że ten azot będzie się przemieszczał w głąb gleby. To dopiero zagwarantuje świeża woda, czyli świeży opad, który przemieści się, a efektywność nawożenia zwiększy się wtedy, jeśli będzie ta roślina pobierała składniki w kilkunastocentymetrowej warstwie ukorzenienia. Natomiast samoistnie przemieszcza się tylko o kilka centymetrów.

Przy dokarmianiu dolistnym mocznikiem, rolnik nie powinien czekać na deszcz i zastanawiać się, czy zabieg wykonać przed, czy po, tylko patrzeć na fazę rozwojową, kiedy jest wymierna korzyść stosowania takiego dokarmiania.

Jak dokarmia się przed deszczem, to trzeba wówczas uważać, żeby nie było suszy fizjologicznej, czyli zabieg należy wykonać przy pełnym turgorze rośliny, bo największym błędem, jaki można spotkać w praktyce, jest to, że stosujemy nawożenie dolistne zbyt późno. Kiedy widzimy, że przez kilka tygodni nie padało i rośliny słabo wyglądają, to wówczas chcemy im pomóc, ale jak zastosujemy nawożenie zbyt późno, to możemy je tylko spalić, bo roślina nie będzie miała odpowiedniego turgoru.

Z kolei jak roślina ma odpowiedni turgor, to można wtedy zastosować dokarmianie dolistne. Wówczas minął już pewien czas od ostatniego deszczu i działa tylko ta woda z gleby. Mamy wtedy grubszą woskowinę - kutykulę na liściu i wchłanianie składnika będzie mniejsze, a rolnik będzie mógł pozwolić sobie na większą dawkę mocznika. Natomiast jak wykonuje się zabieg bezpośrednio po większych ulewach, gdzie spadło dużo wody i zmyło naturalną woskowinę z liści, to roślina będzie bardziej wrażliwa i należy zmniejszyć stężenie mocznika. W praktyce zwykle nie stosujemy samego mocznika, tylko łączymy go np. z siarczanem magnezu, który częściowo łagodzi palące działanie tego pierwszego. Ale zasada przy moczniku, jeśli chodzi o stężenia, jest taka, że im starsza roślina, tym bardziej wrażliwa, czyli stężenie cieczy roboczej musi być mniejsze - odpowiedział dr Witold Szczepaniak.

Kolejne pytanie dotyczyło niedoborów siarki w glebie, czego nie doświadczaliśmy jeszcze kilkanaście lat temu.

- Obecnie opad siarki np. w Wielkopolsce wynosi w granicach od 8 do 12 kg rocznie na ha. Oczywiście nie całość jest wykorzystywana, pozostała część wchodzi w procesy glebowe.

Dbałość o środowisko skutkuje tym, że opad netto siarki jest zdecydowanie mniejszy niż kiedyś i rośliny z tego źródła pobierają mniej składnika, dlatego trzeba go uzupełnić w inny sposób - podkreślił dr Szczepaniak.

- Ile procent cynku naprawdę zadziała, stosując dokarmianie mikroelementowe schelatyzowanym nawozem w fazie 5-7 liści kukurydzy? Jaka jest skuteczność zabiegu? - Zawsze gdy badamy skuteczność dokarmiania dolistnego, powinniśmy obserwować kilka aspektów. Generalnie nie patrzy się na to, jaka część jest wchłaniana w dokarmianiu dolistnym, tylko na efekt, który uzyskujemy. Jeden jest taki, czy to dokarmianie dolistne skutkowało przyrostem plonu, czy też nie - odpowiedział doktor. - Czy lepiej te pieniądze zainwestować w tańszy tlenek cynku i dać przedsiewnie rok wcześniej? - dopytał rolnik. - Trzeba zrobić badania porównawcze. Nie zawsze uzyskujemy w wyniku stosowania mikroelementów przyrost plonu. To nie oznacza, że stosowanie mikroelementów było złe lub niepotrzebne. Dlaczego? Bo bardzo często stosowanie mikroskładników wpływa na to, że możemy obniżyć ilość makroskładników, albo mamy większą ich efektywność działania. Ten cykl wpływa w przypadku kukurydzy na gospodarkę azotem. Prowadziliśmy badania, gdzie dobre odżywienie cynkiem skutkowało tym, że o te kilkanaście do kilkudziesięciu procent azotu można było zmniejszyć dawkę z obiektu, gdzie ten cykl nie był stosowany.

Wszystko zależy od tego, z jakiego aspektu patrzymy, a także, w jakiej technologii pracujemy. Jakbym chciał porównać skuteczność dokarmiania dolistnego chelatem i tlenkiem cynku, to zawsze wyjdzie na korzyść chelatu.

Natomiast jeśli zmierzymy się z różnymi technologiami, to wtedy możemy dyskutować, która z nich jest bardziej skuteczna.

Ostatnie pytanie z zakresu nawozowego dotyczyło nawożenia gnojowicą.

Czy można zastąpić np. nawóz wieloskładnikowy w początkowej fazie pewną ilością gnojowicy? - Jak najbardziej tak. Gnojowica jest nawozem wieloskładnikowym, tak jak obornik. W porównaniu do obornika odznacza się większą efektywnością działania, czyli szybszym wykorzystaniem składników.

Przy oborniku przyjmuje się, że nawet do czterech lat te składniki działają w glebie. Dla gnojowicy standardowo podaje się dwa lata. Trzeba zawsze patrzeć na skład chemiczny i do czegoś ją porównać, w wypadku gnojowicy porównujemy ją do fosforu. Czyli zawartość tego składnika będzie determinowała nam dawkę. Na przykład w uprawie kukurydzy należy wprowadzić część składnika przez nawożenie standardowe, ale mimo wszystko trzeba wprowadzić też część pod siew, w razie niekorzystnych warunków pogodowych.

Gnojowica to bardzo dobry nawóz, tylko trzeba go mieć, bo w Polsce coraz częściej brakuje nawozów naturalnych.

Ustalając dawki, zawsze trzeba wychodzić od składu chemicznego - podkreślił dr Witold Szczepaniak.