PRZEGLĄD PRASY: W tej sprawie nie ma jasnych zapisów prawnych. Jeśli firma energetyczna chce postawić słup na czyimś gruncie, musi dogadać się z właścicielem. Na ogół posiadacze takich działek mogą liczyć na jej hojność, przynajmniej na kilka, a czasem i ponad 10 tys. zł. Jednak ci. na których ziemi słupy energetyczne stoją od kilkudziesięciu lat, nie mogą liczyć na nic. Chyba że zdecydują się rekompensatę wywalczyć w sądzie – pisze Monika Kaczyńska.

W całej Polsce rolników, na których polach stoją słupy energetyczne, jest kilkanaście tysięcy

W Wielkopolsce pierwszym rolnikom udało się uzyskać rekompensatę za straty. Inni zdecydowali się wspólnie pójść w ich ślady. - Wiemy, że urządzenia energetyczne gdzieś muszą stać i nie domagamy się, aby je przeniesiono - wyjaśnia Witold Przybył z Wielkopolskiej Izby Rolniczej w Międzychodzie. - Oczekujemy tylko, że Enea wyrówna nam straty, które powodują. Gospodarze tracą nie tylko dlatego, że słupy zajmują miejsce, którego nie mogą obsiać, ale też dlatego, że w czasie orki, oprysków czy zbiorów muszą wykonywać ciężkimi maszynami czaso- i energochłonne manewry. Tymczasem praca kombajnu kosztuje 200 zł na godzinę. Ceny innych usług agrotechnicznych są podobne. Jeśli więc obrabiając pole, rolnik traci na dodatkowe manewry za każdym razem tylko kwadrans w ciągu roku, zbiera się z tego znaczna suma. Jak obliczyli rzeczoznawcy ze Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Rolnictwa, jeden słup na polu powoduje roczne straty rzędu kilkudziesięciu złotych.

- W każdym przypadku ta suma jest nieco inna - wyjaśnia Przybył. - Duże znaczenie ma tu klasa gleby, rodzaj upraw czy wreszcie typ słupa. Niemal każdy z rolników na własną rękę próbuje dogadać się z Enea od przynajmniej dwóch lat. Niektórzy, jak Piotr Cebernik, zdecydowali się wstąpić na drogę sądową. Przed sądem doszło jednak do ugody. Enea zdecydowała się wypłacić rekompensatę za straty spowodowane słupami za trzy ostatnie lata. - Była nieco niższa niż wynikało z ekspertyzy - mówi. – Ale ponieważ Enea zgodziła się na ugodę, uznałem, że lepiej będzie dla mnie załatwić sprawę od razu.

W ślady Cebernika chcą iść inni rolnicy. Wczoraj ponad 300 zebrało się w Sierakowie, by ustalić strategię. - Na razie spróbujemy zbiorowo dogadać się z Enea - deklaruje Witold Przybył. - Droga sądowa to ostateczność, choćby ze względu na koszty. Każdy rolnik, który chciałby dochodzić swoich praw, musi się liczyć z wydatkami przekraczającymi nawet 3 tys. zł. Ekspertyza pochłania połowę tej sumy. Reszta to koszt adwokata czy dojazdów na rozprawy. Problemem jest także to, że w polskim prawie nie funkcjonuje zasada precedensu - wygrana jednego rolnika nie daje pewności, że w podobnych sprawach wyroki będą identyczne. - Dlatego postanowiliśmy występować wspólnie - tłumaczy Witold Przybył.

Źródło: Polska