Według zapowiedzi wiceministra rolnictwa Tadeusza Nalewajka producenci trzody chlewnej mogą się spodziewać ze strony rządu wsparcia idącego w dwóch kierunkach – środków finansowych na modernizację budynków i wzmacniania produkcji białka rodzinnego, co doprowadzi do potanienia pasz.

Posłowie nie byli przekonani do skuteczności zapowiadanych działań. Poseł Romuald Ajchler wskazał, że obserwujemy nie tylko spadek stanu trzody chlewnej, ale i cen. Jakie mechanizmy tu działają? – dopytywał sugerując, że przedstawiciele Ministerstwa Rolnictwa powinni zaobserwować je w Danii. Tam 5 tys. gospodarstw produkuje tyle trzody, co 300 tys. naszych. Inwestycje nie załatwią sprawy, nie załatwią wycofywania się producentów ze względu na nieopłacalność – przekonywał poseł.

Poseł Gabriela Masłowska podważyła w ogóle sens tworzenia nowych chlewni: w Lubelskiem są puste chlewnie, jest też niewykorzystany potencjał siły roboczej. – Duże fermy to niejedyne rozwiązanie – mówiła poseł i przekonywała, że potrzebne jest wsparcie dla mniejszych stad niż 50 macior, a już wsparcie do hodowli 20 macior mogłoby dać szybsze i większe efekty. Trzeba uruchomić obecny istniejący potencjał, nie wspierać wielkich stad.

Wiceminister zapewnił, że wsparcie będzie dotyczyło także małych gospodarstw, ale połowa populacji trzody jest w kujawsko-pomorskim i wielkopolskim, nie lubelskim. Odbiorcy szukają jednak dostawców dużych partii od dużych producentów. Dla małych gospodarstw może się okazać ważne powiązanie z małym przetwórstwem: dofinansowane będzie tworzenie ubojni samorządowych, bo to obecnie wąskie gardło.

Wpłynął wniosek o odrzucenie odpowiedzi na dezyderat – uzasadniony tym, że rząd nie ma żadnego pomysłu na to, co zrobić. Chlewnie to niejedyny problem, 19 mln sztuk trzody kilka lat temu miało się jakoś gdzieś podziać, więc nowe chlewnie to nie remedium na spadek pogłowia.

Wniosek będzie głosowany jutro.