Już po opublikowaniu tego wywiadu rząd przyjął projekt właśnie w takiej postaci. 

Dzisiaj rząd ma rozpatrzyć projekt ustawy o OZE. Gdyby zapisy dotyczące mikroinstalacji zostały uchwalone w wersji jak w projekcie ustawy, a koalicja PO-PSL ma większość w Sejmie, to co oznaczałoby to dla rynku prosumenckiego?

 - W porównaniu z poprzednim projektem ustawy o OZE projekt w wersji 6.3 zasadniczo nie przynosi propozycji nowych regulacji dla mikroinstalacji. Wprawdzie został nieco zmieniony zapis o bilansowaniu półrocznym energii wytwarzanej w mikroinstalacji i pobieranej z sieci, ale powiedziałbym, że to zmiana doprecyzowująca, ograniczająca ryzyko doliczania prosumentom do rachunków na przykład kosztów bilansowania handlowego. 


Nasze analizy wykazały, że bez bilansowania netto, czyli w obecnych realiach prawnych i ekonomicznych, zwrot inwestycji w mikroinstalacje PV o mocy 3 kW to około 19,5 roku, a przy uwzględnieniu bilansowania netto spada do około 15,5 roku. Przy mikroinstalacajch PV mniejszej mocy niż owe 3 kW jest jeszcze gorzej. 

Oznacza to, że projektowane przepisy sprzyjają relatywnie dużym mikroinstalacjom, a więc ponownie ograniczają krąg potencjalnych beneficjentów i o ile ustawa o OZE weszłaby w życie w projektowanej postaci to rynek prosumencki nie rozwinie się na masową skalę. Czas zwrotu z inwestycji w mikroinstalację PV będzie nie do zaakceptowania dla większości zainteresowanych. 

Z kolei małe elektrownie wiatrowe są sektorem, który stanowczo wymaga w warunkach polskich działań systemowych, uwzględniających szereg uwarunkowań - technicznych, klimatycznych i ekonomicznych, nawet mamy w kraju szereg innowacyjnych koncepcji, popartych autorytetem wiodących ośrodków naukowych. Istnieje szansa na wykreowanie w tej dziedzinie rynku lokalnego z udziałem firm polskich, jednakże wymaga to jednoznacznego wsparcia ze strony władz na poziomie centralnym i regionalnym/lokalnym. 

Jakie jeszcze konsekwencje nowy projekt ustawy ma dla małych elektrowni wiatrowych? 

Niestety, przynajmniej na poziomie centralnym projekt ustawy o OZE nie wprowadza w tym przypadku prawnych ułatwień lokalizacyjnych, tak jak dla elektrowni słonecznych. Oczywiście ekonomikę inwestycji w mikroinstalacje poprawia skorzystanie z dotacji NFOŚiGW z programu Prosument, bo wówczas czas zwrotu z inwestycji spada poniżej 10 lat. Będzie to jednak rozwiązanie dostępne dla nielicznych, a żeby koszty mikroinstalacji spadały to rynek prosumencki musi mieć charakter masowy. 

 Ograniczenie ceny sprzedaży nadwyżek energii z mikroinstalacji do 80 proc. ceny z rynku konkurencyjnego to nonsens w sytuacji, gdy rynku prosumenta nie ma. Projektodawcy tworzą pozory wsparcia energetyki prosumenckiej, a faktycznie tworzą rynek dla najzamożniejszych obywateli (bogatych hobbystów), a nie rynek masowy, którego uruchomienie doprowadziłoby do trwałego spadku kosztów mikroinstalacji i zwiększenia ich dostępności. 


Na uwagę zasługuje ponadto, że definicja mikroinstalacji nie obejmuje urządzeń produkujących wyłącznie ciepło. To dość duży problem, bo mikroinstalacje wytwarzające ciepło mogą też ograniczać zużycie energii elektrycznej i - jako tańsze - obniżyć koszy realizacji celu krajowego w zakresie OZE. Chociażby tam, gdzie do ogrzewania wody wykorzystywana jest energia elektryczna i wtedy gdy ewentualne chwilowe nadwyżki energii elektrycznej na rynku można zmagazynować w lokalnych instalacjach grzewczych. To niepotrzebne zawężenie definicji mikroinstalacji. 

Reasumując, projektowany system wsparcia mikroinstalacji technologicznie rzecz biorąc sprzyja może tylko fotowoltaice (ewentualnie mniej sprawnym pompom ciepła - klimatyzatorom jako odbiornikom) i niewielkiej części obywateli (już przekonanym, ale nie "nowym" graczom na masowym rynku) przenosząc na inwestorów ryzyka wynikające ze zmienności cen energii i trudnej do przewidzenia strukturze taryf. Inwestując w takim systemie w mikroinstalacje nie można moim zdaniem przyjąć długofalowo żadnych pewnych założeń związanych z oszczędnościami, bo uważam, że przy ogólnym wzroście cen energii dojdzie do próby zamiany przez energetykę zawodową części kosztów zmiennych dostaw energii na koszty stałe, a wtedy nawet zwiększony wysiłek inwestującego prosumenta na rzecz oszczędzania będzie przenosił coraz mniejsze efekty. Proponowane regulacje obciążone są grzechem pierworodnym - pisane są nadal z punktu widzenia korporacji. Czy wystarczy to do osiągnięcia założonych celów? Moim zdaniem nie. Kto za to zapłaci? Wszyscy obywatele, ale skorzysta tylko niewielu. 

Regulacje prosumentów to niewielka część projektu ustawy o OZE, której podstawowym celem, jak się wydaje, jest realizacja celu OZE na 2020 rok możliwie niskim kosztem. Jeśli przyjąć, że tak jest, to czy realizacja tej ustawy pozwoli tak określony cel osiągnąć? 

 - Ustawodawca nie tylko w przypadku mikroinstalacji i małych instalacji OZE, ale także w odniesieniu do dużych instalacji OZE nie wykonał podstawowego zadania, a mianowicie nie ocenił jak faktycznie projektowane regulacje wpłyną na zachowania domniemanych beneficjentów i jakie będą tego skutki. Obecny, niezmiernie kosztowny w stosunku do zrealizowanych nowych inwestycji w OZE system wsparcia OZE w Polsce pochodzi z roku 2004 i zaprojektowany został w celu implementacji w Polsce dyrektywy 2001/77/WE dotyczącej promocji energii elektrycznej z OZE i celów na rok 2010. Tymczasem od 5 lat obowiązuje nas kolejna dyrektywa 2009/28/WE, gdzie między innymi zobowiązania dotyczą energii finalnej, a cele są wiążące w odróżnieniu od poprzedniej dyrektywy. Tak więc wstrzymując przyjęcie ustawy o OZE, od ponad czterech lat wdrażamy nie tę dyrektywę co trzeba. 


Niewiarygodnie zatem brzmi zdanie premiera Donalda Tuska, że rząd dzięki temu "uratował dla polskich rodzin" hipotetyczne miliardy złotych. Od kilku lat utrzymujemy nieefektywny system, nadmiarowo wspierający niektóre technologie. Jednym z celów nowej regulacji miało być zredukowanie kosztów tego rodzaju, niestety na skutek zmian koncepcji regulacji i kolejnych opóźnień utrzymujemy nadal wsparcie nadmiarowe dla technologii, które go nie potrzebują. Zauważyła to nawet nieśpieszna w działaniu, aczkolwiek konsekwentna Komisja Europejska. Tylko w latach 2011-2012 koszt systemu wsparcia dla współspalania i energetyki wodnej mógł wynieść 4,5 mld złotych, tak więc oszczędności z tytułu braku zmian w obecnym systemie (które postulowane są też przez sektor OZE) stają się dość wątpliwe. 

Jakie są konsekwencje utrzymywania dotychczasowego systemu wsparcia energetyki odnawialnej? 

Z kontynuacji obecnego systemu wsparcia OZE społeczeństwo i gospodarka nic poza kosztami nie mają. W szczególności nie mają nowych mocy i dodatkowej energii czy czystszego powietrza i nie będą miały, bo współspalające bloki węglowe przestaną wkrótce działać, a zamortyzowane duże elektrownie wodne, choć bez powodu korzystały przez lata ze wsparcia, to nie zadbały nawet o pełne odtworzenie majątku. Kolejne opóźnienia w uchwaleniu ustawy o OZE i pojawiające się coraz bardziej zdumiewające koncepcje tej ustawy konserwują stary system i pozwalają na kontynuację wliczania nieuzasadnionych kosztów w rachunki za energię elektryczną także w 2015 roku - nadal wydajemy ogromne kwoty na nieuzasadnione wsparcie dla technologii, które go nie potrzebują. 

 Przy tym założenia projektu ustawy o OZE są nierealne. Wskazywane oszczędności pomiędzy obecnym systemem wsparcia OZE a projektowanym nie wynikają z badań rynkowych, czy badań ryzyka inwestycyjnego. Dane do obliczeń, które wykazują oszczędności zostały przyjęte arbitralnie. IEO wyliczył, że różnica pomiędzy obecnym - wysoce nieefektywnym i nieracjonalnym, a proponowanym systemem wsparcia do 2020 roku wynosi maksymalnie około 8 mld zł, a nie około 12 mld zł jak oceniają projektodawcy. 


Gdyby realnie popatrzeć na założenia nowego systemu wsparcia i ryzyka z nim związane, to łączne koszty "zoptymalizowanego" systemu wsparcia tylko do 2020 roku byłyby minimum o 1,8 mld wyższe od podanych w OSR kosztów obecnego (nieefektywnego) systemu wsparcia. W kwestii ewentualnego ograniczania kosztów systemu wsparcia OZE warto zauważyć, że ma to wynikać przede wszystkim z próby ograniczenia wsparcia dla współspalania i ograniczenia wsparcia dużej energetyki wodnej, co można było zrobić już dawno. Mówię o próbie ograniczenia wsparcia dla współspalania, bo nie jest dla mnie oczywiste, czy projektowane regulacje tak zadziałają - regulacje proponowane poprzednio były znacznie bardziej konkretne w eliminowaniu wsparcia nadmiarowego. 

Natomiast sam system aukcyjny moim zdaniem spowoduje wzrost kosztów wsparcia OZE w porównaniu do tych jakie generuje obecny system, dlatego, że spowoduje wzrost ryzyka inwestycyjnego dla dużych instalacji, nie generując równocześnie zachęt do inwestycji w mniejsze instalacje prosumenckie, co się przełoży na ceny energii z OZE. 

Premier Donald Tusk stwierdził, że z punktu widzenia interesów energetycznych Polski dobrze się stało, jak ja rozumiem, że nie spieszyliśmy się z przyjęciem ustawy o OZE i że projekt ma taki kształt jaki ma, bo inaczej mielibyśmy za dużo drogiego prądu z OZE w stosunku do potrzeb. Pana zdaniem, już pomijając szczegóły projektu ustawy OZE, hamowanie rozwoju energetyki odnawialnej jest w interesie energetycznym Polski? 

 - Moim zdaniem największy problem polega na tym, że projekt ustawy o OZE oznacza przesuwanie kosztów wsparcia OZE poza okres wyborczy ( 2015) i cechuje go zbyt krótki (2020) okres analizy, nie uwzględniający efektów po 2020 roku. Projektując system i przyszły "miks" energetyczny należałoby uwzględniać pełną komercjalizację OZE, a także efekty środowiskowe, czy społeczne, w końcu niższe ceny energii związane z rozwojem OZE. 


W ocenie skutków wprowadzenia ustawy o OZE nie ma też ani słowa o wielce prawdopodobnej karze za niewypełnienie celu dyrektywy o promocji OZE w 2021 roku lub o alternatywnym, kosztownym transferze statystycznym niedoboru energii z OZE, zapewne z tak ochoczo teraz krytykowanych za nadmierny rozwój OZE Niemiec. Obecna polityka być może doprowadzi do niewielkiego ograniczenia kosztów wsparcia OZE do połowy 2015 roku, ale prawdopodobnie podniesie koszty do 2020 roku, bo rząd będzie musiał zachęcać inwestorów do aukcji nieproporcjonalnie wysokimi cenami referencyjnymi i ratować się transferem statystycznym, a to wywoła eksplozję kosztów systemu energetycznego zaraz po 2020 roku. 

Według naszych analiz koszty energii z nowobudowanych OZE (w proponowanym w KPD "miksie") będą generalnie niższe od kosztów energii z systemu energetycznego (bazującego ciągle w znacznej części na już zamortyzowanych elektrowniach) począwszy od 2024 roku, a w sytuacji uwzględnienia kosztów zewnętrznych nowe OZE byłyby w pełni atrakcyjne kosztowo już od 2018 roku. Wszystkie nowobudowane i planowane do oddania w latach 2015-2018 roku elektrownie konwencjonalne dają koszty energii (nawet w cenach stałych) powyżej 250 zł/MWh i po uwzględnieniu kosztów zewnętrznych nie są już konkurencyjne wobec nowobudowanych elektrowni wykorzystujących odnawialne zasoby energii. Nowe, mniej emisyjne elektrownie konwencjonalne (węglowe z CCS, gazowe i jądrowe) nawet bez kosztów zewnętrznych nie będą konkurencyjne w porównaniu z większymi farmami fotowoltaicznymi i wiatrowymi już w latach 2019-2022. 

Moim zdaniem jeśli teraz nie będziemy inwestować w OZE to za dekadę będąc ciągle wyspą energetyczną będziemy mieli drogą energię ze źródeł konwencjonalnych wypychanych z rynku energii w UE przez znacznie tańsze OZE i wymagających rosnących ekstra dotacji, mniejsza o to czy pod szyldem rynku mocy, czy innym, dla podtrzymania rentowności aż do całkowitego upadku. Absolutnie nie jestem przekonany do tezy, że hamowanie rozwoju OZE, droga energia, subsydia i import leżą w interesie energetycznym Polski. - Moim zdaniem największy problem polega na tym, że projekt ustawy o OZE oznacza przesuwanie kosztów wsparcia OZE poza okres wyborczy ( 2015) i cechuje go zbyt krótki (2020) okres analizy, nie uwzględniający efektów po 2020 roku. Projektując system i przyszły "miks" energetyczny należałoby uwzględniać pełną komercjalizację OZE, a także efekty środowiskowe, czy społeczne, w końcu niższe ceny energii związane z rozwojem OZE. 

W ocenie skutków wprowadzenia ustawy o OZE nie ma też ani słowa o wielce prawdopodobnej karze za niewypełnienie celu dyrektywy o promocji OZE w 2021 roku lub o alternatywnym, kosztownym transferze statystycznym niedoboru energii z OZE, zapewne z tak ochoczo teraz krytykowanych za nadmierny rozwój OZE Niemiec. Obecna polityka być może doprowadzi do niewielkiego ograniczenia kosztów wsparcia OZE do połowy 2015 roku, ale prawdopodobnie podniesie koszty do 2020 roku, bo rząd będzie musiał zachęcać inwestorów do aukcji nieproporcjonalnie wysokimi cenami referencyjnymi i ratować się transferem statystycznym, a to wywoła eksplozję kosztów systemu energetycznego zaraz po 2020 roku. 

Według naszych analiz koszty energii z nowobudowanych OZE (w proponowanym w KPD "miksie") będą generalnie niższe od kosztów energii z systemu energetycznego (bazującego ciągle w znacznej części na już zamortyzowanych elektrowniach) począwszy od 2024 roku, a w sytuacji uwzględnienia kosztów zewnętrznych nowe OZE byłyby w pełni atrakcyjne kosztowo już od 2018 roku. Wszystkie nowobudowane i planowane do oddania w latach 2015-2018 roku elektrownie konwencjonalne dają koszty energii (nawet w cenach stałych) powyżej 250 zł/MWh i po uwzględnieniu kosztów zewnętrznych nie są już konkurencyjne wobec nowobudowanych elektrowni wykorzystujących odnawialne zasoby energii. Nowe, mniej emisyjne elektrownie konwencjonalne (węglowe z CCS, gazowe i jądrowe) nawet bez kosztów zewnętrznych nie będą konkurencyjne w porównaniu z większymi farmami fotowoltaicznymi i wiatrowymi już w latach 2019-2022. 

Moim zdaniem jeśli teraz nie będziemy inwestować w OZE to za dekadę będąc ciągle wyspą energetyczną będziemy mieli drogą energię ze źródeł konwencjonalnych wypychanych z rynku energii w UE przez znacznie tańsze OZE i wymagających rosnących ekstra dotacji, mniejsza o to czy pod szyldem rynku mocy, czy innym, dla podtrzymania rentowności aż do całkowitego upadku. Absolutnie nie jestem przekonany do tezy, że hamowanie rozwoju OZE, droga energia, subsydia i import leżą w interesie energetycznym Polski. Podobał się artykuł? Podziel się!