Co więcej: unijne przepisy umożliwiają przetwórstwo żywności w celu sprzedaży konsumentom indywidualnym w domach używanych jako mieszkalne.

Zatem dlaczego polscy rolnicy wciąż słyszą, że nie mogą sprzedawać swoich produktów? Umożliwienie sprzedaży bezpośredniej jest od ponad roku jednym z postulatów rolników protestujących w Szczecinie. Niedawno w Sejmie wiceminister zdrowia odpowiadając na pytanie posłanek PO uzależnił możliwości prowadzenia sprzedaży bezpośredniej od zmian podatkowych. Gdzie zatem tkwi problem? Czy mamy do czynienia z zagrożeniem zdrowia klientów, czy raczej kiesy przetwórców?

Zaintrygowani wypowiedziami wiceministra Igora Radziewicza-Winnickiego w Sejmie wysłaliśmy do Ministerstwa Zdrowia długą listę pytań: „Czy MZ uważa, że żywność przetworzona wytwarzana przez rolników niesie zagrożenie zdrowotne? Jakiego rodzaju przetwarzania w gospodarstwach spodziewa się ministerstwo - czy rolnicy chcą sprzedawać np. surówki i paczkowaną sałatę, czy też zupy i ciasta - i czy nie daje się to rozgraniczyć w przepisach? Czy można się spodziewać zaostrzenia przepisów w stosunku do dopuszczalnego obecnie kiszenia i suszenia? Czy ewentualne zagrożenie zdrowotne jest rzeczywiście istotne dla konsumentów, zważywszy zakres produkcji w gospodarstwie: jej okresowość i ograniczony rozmiar? Czy wymogi dla okresowego wytwórcy soków muszą być równie rygorystyczne, jak dla wytwórcy zajmującego się taką działalnością w sposób ciągły i w rozmiarach przemysłowych? Jak to wygląda np. w odniesieniu do nalewek? Dlaczego zagrożenie zdrowotne mogłaby zniwelować <zmiana przepisów fiskalnych czy też wprowadzenie takich, które ułatwią rolnikom funkcjonowanie w ramach gospodarstw, które prowadzą, i sięganie po różnego rodzaju formy zwolnień podatkowych>?”

Tyle pytania. A odpowiedź? Poniżej czytelnicy znajdą ją w całości. Zawiera wyjaśnienie niektórych kwestii – ale i brak odpowiedzi jest znaczący. Nie ma natomiast w niej nic, co uzasadniałoby uniemożliwianie prowadzenia rolnikom np. sprzedaży pociętych sałat.