Obwinionymi są pilot balona i członkini załogi, pracująca na co dzień jako synoptyk lotniczy. Oskarżycielem jest komisariat policji w Olsztynku, który skierował sprawę do wydziału grodzkiego olsztyńskiego sądu rejonowego.

Sprawa dotyczy incydentu, jaki wydarzył się 26 lipca tego roku podczas rozgrywanych w Olsztynie i okolicach Mazurskich Międzynarodowych Zawodów Balonowych. Wieczorem tego dnia z lotniska w olsztyńskich Dajtkach wystartowało do konkurencji około 30 balonów, gdy zbliżał się zmierzch załogi zaczęły lądować. Kilka z nich wylądowało w okolicach Sząbruka.

Balon, którym lecieli obwinieni wylądował na pastwisku w Sząbruku, obok prywatnej posesji. Jak mówili przed sądem decyzja o lądowaniu musiała być szybko podjęta, bo zapadał zmrok, a dalsza podróż balonem była niebezpieczna, bo w pobliżu jest jezioro Wulpińskie i przy niesprzyjających warunkach lot mógł skończyć się w wodzie. Pilot balonu - jak mówił - podjął więc decyzję o lądowaniu na pastwisku, omijając pola, gdzie były uprawy.

Sprawę inaczej przedstawia właścicielka gospodarstwa. Twierdzi ona, że balon lądujący na pastwisku był jednym z wielu, jakie wylądowały na obszarze jej gospodarstwa. Według niej wcześniej kilka balonów zakończyło lot na polach, niszcząc uprawy. Potem - jak dodała - po ten sprzęt zaczęły przyjeżdżać samochody z przyczepami, także niszcząc zboże. - Nikt się ani nie przedstawił, ani nie poprosił o zgodę na wjazd na prywatny teren - mówiła.

Przyznała, że nie pozwoliła wjechać samochodem ekipie po balon, który wylądował na pastwisku. Kiedy osoby, które chciały wywieźć sprzęt zaczęły rozbierać ogrodzenie, powiadomiła policję i nakazała ekipie opuścić teren swego gospodarstwa. Niektóre osoby jednak tego nie zrobiły.

Właścicielka gospodarstwa zaznaczyła, że oprócz zrytej trawy na pastwisku, uszczerbku doznały także konie, które na widok balonu przeżyły silny stres. Jak dodała, klacze były przygotowywane do zaźrebienia i z powodu stresu wywołanego przez baloniarzy nie można było tego przeprowadzić.

Incydent zakończył się tym, że baloniarze musieli przeciągnąć ręcznie z pastwiska kosz i czaszę, ważące ok. 400 kg do oddalonego samochodu.

Sąd przesłuchał także policjantów oraz świadków incydentu. Odroczył sprawę do 8 stycznia, wówczas może zapaść wyrok.

Jak powiedział organizator Mazurskich Międzynarodowych Zawodów Balonowych Bernard Banaszuk pierwszy raz się spotyka z tym, by sprawa dotycząca przygodnego lądowania balonu w terenie kończyła się w sądzie.

- Balon nie jest pojazdem, który ma kierownicę, którym można precyzyjnie sterować, lot zależy od siły i kierunku wiatru. Zawsze szkolimy pilotów, że lądowanie w terenie nie może powodować szkód, jeśli pilot wykonuje taki manewr w uprawach to w ostateczności, mając na względzie bezpieczeństwo załogi. Każdy balon jest ubezpieczony i takie sprawy można załatwić, występując z roszczeniem do firmy ubezpieczeniowej - powiedział Banaszuk.

Podobał się artykuł? Podziel się!