Minęło 20 lat od transformacji ustrojowej. Mamy wolny rynek, gdzie jednym z podstawowych praw, jest prawo własności. Przeszłością są działania narzucane „odgórnie” w przeróżnych kwestiach, dotyczących w szczególności naszej własności. Obecnie, bez naszej zgody  (z reguły odpłatnej), firma „x” czy „y” nie wybuduje czegokolwiek na naszej ziemi lub będzie musiała wykupić od nas grunt.

Mowa o inwestycjach infrastrukturalnych, zaś budowa autostrad jest najlepszym tego przykładem. Wykupy gruntów pod tego typu inwestycje są obecnie znane i powszechnie stosowane. Jednak istnieją pewne aspekty, które do dzisiaj nie zostały rozwiązane, co więcej nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę.  

Jednym z nich są linie energetyczne przebiegające przez nasze pola i działki. W czasach PRL-u, nikt nas nie pytał o pozwolenie, a tym bardziej nie proponował odszkodowania czy też jakiejkolwiek formy odpłatności za utratę części funkcjonalności naszych gruntów. Była to „wyższa” konieczność wynikająca z zasady - dobro ogółu ważniejsze od dobra jednostki. Dzisiaj mamy odmienną sytuację. Firmy sprzedające energię elektryczną, nie kierują się dobrem ogółu lecz wynikiem ekonomicznym. Pobierają od nas opłatę nie tylko za energię zużytą przez nas ale również za przesyłanie energii, w tym za utrzymanie linii przesyłowych. Czyli między innymi za te linie, które przechodzą przez nasze grunty! O zgrozo, nie dość, że tracimy na tym, że funkcjonalność naszych gruntów jest niższa (bo stoją słupy lub biegną kable), to jeszcze płacimy za ich utrzymanie! Niestety, tak jest w zdecydowanej większości przypadków. Patrząc na to z innej strony można powiedzieć, że skoro firmy utrzymujące sieci przesyłowe nie płacą nam za to, że ich słupy stoją na naszym prywatnym terenie, to i koszty przesyłu są niższe. Jeżeli tak jest, to znaczy, że „posiadacze” tych słupów finansują innych odbiorców energii elektrycznej.