Po latach zapomnienia, w ostatnim czasie odżywa zainteresowanie krajowego rolnictwa uprawą rodzimych roślin strączkowych. Trudno jest oczywiście mówić o swego rodzaju renesansie, faktem jednak jest, że areał roślin bobowatych grubonasiennych stopniowo wzrasta. Niestety, główna przyczyna tego stanu rzeczy jest dość prozaiczna - obietnice wysokich dopłat do uprawy tej grupy roślin. Są jednak i inne motywacje, którymi kierują się rolnicy obsiewający swoje pola łubinem, grochem i bobikiem. Jedną z nich jest z pewnością pozytywny wpływ, jaki wymienione rośliny wywierają na żyzność gleby i wysokość plonów w następnych latach. Wielu producentów trzody sieje jednak rośliny strączkowe z przeznaczeniem na wartościową, a przy tym niedrogą paszę dla świń. Ceny poekstrakcyjnej śruty sojowej są bowiem zmienne, w niektórych okresach sięgają nawet 2000 zł za tonę. Jednocześnie wielu rolników w obawie przed planowanym na początek 2017 roku zakazem stosowania pasz wyprodukowanych z roślin GMO już wcześniej postanowiło zapewnić sobie rezerwy białka poprzez uprawę roślin strączkowych. Ostatecznie wspomniany zakaz został odroczony, należy jednak mieć nadzieję, że nie wpłynie to na spadek popularności upraw grochu, łubinu czy bobiku.

Niestety, wielu rolników wciąż zafascynowanych jest białkiem sojowym i ze sporą dozą nieufności podchodzi do kwestii wykorzystania w żywieniu zwierząt łubinu czy grochu. Aby przekonać się, jak w praktyce wygląda chów świń z udziałem wysokich dawek nasion roślin strączkowych, udaliśmy się do Przebędowa w Wielkopolsce, gdzie mieści się zamiejscowy oddział Hodowli Roślin Smolice. Poboczną działalnością jednostki jest bowiem produkcja trzody chlewnej w oparciu o krajowe źródła białka. Obecnie stado podstawowe liczy 85 loch, a roczna produkcja tuczników s ięga 2000 sztuk.

WARTOŚCIOWY POŚLAD

- Chów świń nie jest naturalnie podstawowym celem naszej działalności - tłumaczy dr Stanisław Stawiński, dyrektor Oddziału Zamiejscowego HR Smolice w Przebędowie, a przy tym twórca odmian roślin strączkowych.