PRZEGLĄD PRASY: Poprzedni rząd, realizując swoją politykę "Polska wolna od GMO", do ustawy o paszach z lipca 2006 r. wprowadził przepis o zakazie używania produktów GMO w produkcji pasz - pisze Maciej Tomaszewicz, sekretarz generalny Izby Zbozowo-Paszowej.

Przepis ten miał wejść w życie 12 sierpnia 2008 r. Nie wiadomo, czy tak się stanie. Po pierwsze, jest on niezgodny z prawem Unii Europejskiej, a po drugie, realizacja tego przepisu może zostać objęta moratorium trwającym do 2012 r. Tak w każdym razie wynika z ostatnich zapowiedzi ministra rolnictwa Marka Sawickiego.

Tak naprawdę jednak ten zapis powinien zniknąć zupełnie. Polski przemysł paszowy od kilkunastu miesięcy próbuje zwrócić uwagę rządu i parlamentu na jego całkowity bezsens. Przy okazji debaty o GMO warto pokazać, jakie gospodarcze konsekwencje miałoby wprowadzenie zakazu stosowania produktów GMO w produkcji pasz.

Skutkiem pierwszym byłyby gigantyczne utrudnienia w imporcie do Polski podstawowego surowca do produkcji pasz, jakim jest tzw. śruta sojowa. (Potocznie nazywa się ją "soją", ale jest to błędne określenie, bo nie można mylić śruty z surowcem, z którego jest ona produkowana). Żeby zrozumieć dlaczego, warto przyjrzeć się całemu procesowi produkcji i importu pasz - od podstaw.

Śruta sojowa jest obecnie podstawowym źródłem białka w paszach. Powstaje w wyniku ekstrakcji nasion soi (drugim produktem tego procesu jest olej sojowy). Dzisiejsza przemysłowa produkcja pasz nie może się obejść bez śruty sojowej, bo nie ma innego równie efektywnego surowca, który dostarcza równie dużo wysokostrawnego białka (do 50 proc.).

Łączna światowa produkcja soi wynosi ok. 210 mln ton rocznie. W procesie ekstrakcji nasion soi około 75 proc. całej masy przetwarzane jest na śrutę, a około 18 proc. - na olej. Jak łatwo policzyć, światowa produkcja śruty wynosi ok. 160 mln ton. Głównymi producentami są Argentyna, Brazylia i USA. Nasiona soi w większości są przetwarzane lokalnie i tak samo lokalnie są one zużywane. Tylko nadwyżka jest wysyłana na eksport. Łączny światowy eksport wynosi ok. 80 mln ton nasion soi oraz około 75 mln ton śruty sojowej. Ponad 90 proc. tego eksportu - zarówno nasion, jak i śruty - pochodzi z tych trzech wyżej wymienionych krajów.

I tutaj zaczyna się nasz problem. W Argentynie i USA praktycznie całość, a w Brazylii zdecydowana większość soi pochodzi z upraw genetycznie modyfikowanych. Co równie ważne, tamtejsza sieć skupu oraz przemysł przetwórczy są słabo przystosowane do właściwej segregacji dwóch rodzajów soi. Efekt jest taki, że nawet ta część produkcji soi w Argentynie i Brazylii, która powstaje z roślin niemodyfikowanych genetycznie, dosłownie znika, bo jest mieszana z nasionami GMO.

W pozostałych krajach produkujących soję jest podobnie. Zresztą kraje takie jak Chiny i Indie zużywają większość produkowanej soi na własnych, chłonnych rynkach wewnętrznych. Popularność nasion soi z genetyczną modyfikacją jest tak duża, że w niektórych krajach mimo formalnego zakazu upraw GMO używa się nasion pochodzących z przemytu, na przykład na Ukrainie produkującej około 1 mln ton nasion soi. Oficjalnie uprawy GMO są tam zakazane, ale w praktyce prawie 40 proc. produkcji pochodzi z genetycznie modyfikowanego materiału.

Efekt końcowy jest taki, że 95 proc. światowego eksportu nasion soi i śruty sojowej stanowią produkty GMO. Zaledwie 5,5 mln ton śruty sojowej sprzedawanej na świecie to śruta pochodząca z nasion niemodyfikowanych genetycznie.

Obecnie najwięcej śruty sojowej bez GMO konsumuje Unia Europejska - roczna wielkość importu do 27 krajów UE wynosi około 5 mln ton. Skoro całkowite zużycie śruty w Unii to ok. 35 mln ton, łatwo policzyć, że segment "non-GMO" wynosi około 12-13 proc. i z roku na rok się zmniejsza, bo podaż nasion i śruty niemodyfikowanej genetycznie maleje.

Gdzie jest Polska w tych wyliczeniach? Okazujemy się poważnym światowym importerem - sprowadzamy prawie 2 mln ton śruty rocznie. W 90 proc. pochodzi ona z Argentyny, co oznacza, że prawie w całości jest śrutą GMO!

O tym powinien pamiętać minister środowiska Maciej Nowicki, który powtarza hasło poprzedniego rządu "Polska wolna od GMO".

Przecież występowanie z takim hasłem jest po prostu oszukiwaniem społeczeństwa. Wszystkie polskie kurczaki i świnie są od kilkunastu lat karmione paszami z udziałem soi GMO! I jak dotąd nie widać żadnych negatywnych skutków społecznych czy też zdrowotnych tego, że 38 milionów Polaków je mięso wyprodukowane na genetycznie modyfikowanej paszy.

Przeciwnicy GMO powiedzą na pewno - poczekajmy następne 20-30 lat. Może i mają rację. Może warto poczekać z ostateczną oceną skutków zdrowotnych (lub ich braku). Ale jeśli tak ma się stać, to rząd musi zaproponować jakąś "paszową alternatywę". A tej po prostu nie ma.

Bo gdyby ustawa o całkowitym zakazie używania produktów GMO w paszach weszła w życie, to w krótkim czasie będziemy musieli znaleźć na rynkach światowych dodatkowe 2 mln ton śruty sojowej wolnej od GMO. A to się nie uda. Nie wiem, czy istnieje jakikolwiek surowiec na świecie, którego produkcję można w ciągu kilku tygodni zwiększyć o 40 proc. (z 5,5 mln ton dzisiaj to 7,5 mln jutro).

Cóż więc stanie się z polskim przemysłem paszowym, jeśli zakaz importu śruty GMO wejdzie w życie? Minister Nowicki zapewnia, że nic, bo śruta non-GMO jest zaledwie o 10 proc. droższa, a ponieważ stanowi ok. 30 proc. wartości całej paszy, to pasza podrożeje raptem o 3 proc.

Otóż nieprawda, panie ministrze. Po pierwsze, dziś śruta bez GMO jest droższa o 20 proc., a nie o 10. Po drugie - jak wyjaśniłem powyżej - jeśli Polska wprowadzi obowiązek importu śruty non-GMO, to z dnia na dzień światowy (sic!) popyt na ten surowiec wzrośnie o 40 proc. Z dnia na dzień Polska zacznie spożywać więcej śruty non-GMO niż Francja i Niemcy razem wzięte. Popyt błyskawicznie przerośnie podaż. Wówczas zgodnie z podstawowym prawem ekonomii ceny urosną. Będzie tak jak z ropą naftową. Gdy zaczęło jej na świecie brakować, to w krótkim czasie podrożała z 20 do 100 dol. za baryłkę.

Nikt oczywiście nie jest w stanie dokładnie wyliczyć, o ile wzrośnie cena śruty sojowej non-GMO, gdy polska ustawa wejdzie w życie. Czy minister Nowicki zagwarantuje, że różnica w cenie pomiędzy śrutą non-GMO a GMO nie wzrośnie z obecnych 20 proc. do 200 proc.? Bo właśnie na to się zanosi!

Jedno jest pewne - niemodyfikowanej soi nie starczy dla wszystkich. Polscy importerzy będą musieli się ścigać z najbogatszymi na świecie, aby ją kupić. Aż w końcu dojdzie do takiej sytuacji, że światowa podaż soi niemodyfikowanej genetycznie spadnie do takiego poziomu, że nie będzie już czym karmić polskich kurczaków.

Dalsze wydarzenia łatwo będzie sobie wyobrazić - krajowi hodowcy będą mieć problem już nie tylko ze sprzedażą droższego produktu (bo wyprodukowanego z droższej paszy), ale nawet z samym jego wyprodukowaniem, bo na polskim rynku po prostu zabraknie pasz...

W tym samym czasie do Polski cały czas będzie napływać tańsze mięso z innych krajów Unii zgodnie z regułą swobody handlu w ramach europejskiej wspólnoty. I będzie to mięso wyprodukowane z pasz genetycznie modyfikowanych.

Nasi hodowcy wyjdą na ulice, producenci pasz przestaną płacić podatki. Konsumenci będą zaszokowani nagłym i niezrozumiałym wzrostem cen kurczaków w supermarketach. Protesty będą tak silne, że rząd chybcikiem zacznie wycofywać się z nieprzemyślanych decyzji i zrezygnuje z szaleńczego hasła "Polska wolna od GMO", szukając jednocześnie usprawiedliwienia dla swojej kompromitacji.

Tylko po co w ogóle realizować ten scenariusz?

Źródło: Gazeta Wyborcza